1.
Goście
N iczego nie widziałam i to mnie okropnie irytowało. Lubię mieć wszystko pod kontrolą, a jak mam mieć skoro ta idiotyczna
przepaska zasłaniała mi oczy? No ale oni się uparli. Pocieszał mnie jedynie
fakt, że mój brat bliżniak Scott musi wyglądać równie absurdalnie. To podnosiło mnie na duchu. Dziś
dwunasty czerwca, nasze urodziny.
Siedzieliśmy całą czwórką na tylnych siedzeniach
dużego terenowego samochodu Snowie, ale było tam potwornie ciasno. Między słowami, Snowie jest moją babcią, ale jak
wszyscy mieszkańcy Pyrry przestała się starzeć. Miała wtedy i ma do teraz
siedemnaście lat. Mówimy do niej po imieniu. W końcu głupio mówić do kogoś
starszego o zaledwie dwa lata „babcia”. Jechaliśmy po urodzinowy prezent
niespodziankę dla naszej dwójki i szczerze mówiąc nie byłam tym faktem
szczególnie usatysfakcjonowana. Nigdy nie lubiłam niespodzianek, a Sara i Ian, którzy wpadli na ten pomysł dobrze o tym
wiedzą. Wsiadając więc do samochodu byłam trochę zła, ale po tym jak
przez pół godziny jeździliśmy w kółko, żebym się nie domyśliła gdzie jedziemy, byłam już naprawdę aściekła. No na głowę można dostać. Od początku mi się to
nie podobało, ale Sara tak nalegała, a jako że ja nie potrafię jej odmawiać,
nie mając wyboru zgodziłam się. Teraz żałuję. I nie, Sara nie jest moją kochaną
pięcioletnią siostrzyczką. Jest tylko o rok ode mnie młodsza i nie jesteśmy
nawet spokrewnione. Mimo tego kocham ją jak własną siostrę. Ona i jej brat Ian
mieszkają z nami, na Ziemi wraz ze Snowie, która przeniosła się tu kiedy
odstąpiła tronu Pyrry swojej córce, mojej matce. Oboje są sierotami, nie mają
żadnych krewnych. Kiedy byli jeszcze bardzo mali, ich rodzice zginęli. Nigdy
żadne z nas nie dowiedziało się, w jaki sposób. Wmawiano nam, że był to
wypadek samochodowy, ale ja w to nie wierzę. Moja mama, była bliską przyjaciółką zmarłych.
Zaopiekowała się rodzeństwem. Niestety na krótko, później cała nasza czwórka
trafiła na Ziemię, do Snowie. To było jedenaście lat temu, kiedy ja, Ian i Scott
mieliśmy tylko po cztery latka.
Jechaliśmy bardzo długo, o wielę za długo,
ale znałam miasto wystarczająco dobrze, by chociaż domyśleć się gdzie jesteśmy.
Całe szczęście, że auto posiadało klimatyzacje, bo tegoroczny czerwiec był
wyjątkowo upalny, a ściśnięci, przyklejeni jeden do drugiego, z pewnością nie
dotrwalibyśmy końca podróży. Po rzeczonej półgodzinnej jeździe, usłyszałam
dyskretny klekot drobnych żwirowych kamyczków pod kołami i samochód zaparkował.
Pociągnęłam za schłodzoną klamkę, popchnęłam z impetem drzwi i jak poparzona
wyskoczyłam z auta. W tej samej chwili uznałam, że lepiej byłoby jeździć w
kółko przez kolejne pół godziny. Na zewnątrz panował niemiłosierny skwar. W
samochodzie dzięki klimatyzacji było chłodno, a powietrze mimo swego zapachu
plastiku zdawało się być świeże i rześkie. Czyli zupełnie odwrotnie niż tutaj.
Duszno, wilgotno, parno no i oczywiście gorąco. Dokąd oni mnie wywieźli? Na Saharę? W ogrodzie naszego domu było o wiele przyjemniej, choć to może dlatego że
mieszkamy poniekąd w lesie, nad brzegiem jeziora z którego zawiewał chłodny
wiaterek. Wzdrygnęłam się, kiedy poczułam na swoim karku lodowatą dłoń Iana
- Jesteśmy!- powiedział, wyraźnie
zafascynowany tym faktem, jakby wogóle nie czuł tego upału.
- Nie mów- odparłam z niechęcią- myślałam,
że zatrzymaliśmy się żeby przesiąść się na samolot. Wiec mogę już zdjąć tę
idiotyczna przepaskę z oczu?
Nie czekałam jednak na odpowiedz i rozwiązałam
materiałowy supełek z tyłu głowy wyrywając sobie przy tym kilka włosów. Kiedy
oczy przyzwyczaiły się już do światła, pierwszą rzeczą jaką zauważyły był
Scott, który swoją opaskę musiał zdjąć już w samochodzie, bo ani on, ani
stojąca obok niego Sara nie mieli jej w ręku. Miałam ochotę krzyknąć, że to
nie fair, ale powstrzymałam się zachowując tę uwagę dla siebie. Pewnie znowu uznaliby,
że jestem przewrażliwiona. Przewróciłam oczami i rozejrzałam się po
okolicy. Staliśmy na parkingu dużego, ale niskiego budynku. Miał kilka okien, a
w każdym z nich były długie białe żaluzje, jak u lekarza, w kilku stały też
piękne zadbane roślinki. Obiekt musiał być nowy, lub przynajmniej dopiero co po
remoncie, gdyż odznaczał się nowoczesnością. Miał duże szklane drzwi, a wzdłuż
całej budowli namalowany był pasek w kolorze czerwonym. Okrągłe okna miały ładne
oprawy z naturalnego drewna. Na dachu ustawiona była metalowa tablica z
napisem „HODOWLA PSÓW RAS PIERWOTNYCH”. Chcieli mi- to znaczy nam- kupić psa,
poważnie? Od piętnastu lat nie mogłam się o to doprosić, a oni decydują się na
niego w takim momencie? Błagam.
-Chodź Nora- powiedziała Sara radośnie i
pociągnęła mnie w stronę drzwi.
-Mam nadzieję, że w środku jest chłodniej.
Kiedy podeszłyśmy do szklanych drzwi na
tyle blisko, by zobaczyć w nich nasze dość wyraźne odbicia, nie mogłam
powstrzymać uśmiechu. Dlaczego tyle ludzi myliło nas z rodzeństwem? Z wyglądu w
ogóle nie jesteśmy do siebie podobne. Sara ma mleczno czekoladowe falowane włosy, oczy
tego samego koloru i ciemną karnację. Moje włosy są niemal białe, mam jasną porcelanową cerę i zielone oczy. Do tego siostra Iana
jest ode mnie o głowę niższa. I mimo że jest o rok młodsza, a ja raczej do niskich
nie należę, to ona gubi się nawet w tłumie swoich rówieśników. Naprawdę nie
wiem skąd ten pomysł o rodzeństwie. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi.
Przyjemne zimne powietrze buchnęło z wewnątrz. Tak, tego mi właśnie brakowało.
Przytrzymałam drzwi wpuszczając chłopców i Snowie. Sara radosnym krokiem
podeszła do lady, która kojarzyła mi się z rejestracją u mojego dentysty, nie
lubię mojego dentysty. Była biała, więc dobrze komponowała się ze ścianami
koloru kawy z mlekiem. Poustawiane na niej zdjęcia w eleganckich ramkach
przedstawiały psy różnych ras, przyozdobione kolorowymi medalami i pucharami.
To zapewne wychowankowie hodowli.
- Pokój numer szesnaście- oznajmiła miłym
głosem przysadzista czarnoskóra kobieta, spoglądając na Iana, a ten kiwnął
głową, uśmiechnął się i ruszył przed siebie.
- Szesnaście, szesnaście- mruczał pod
nosem, jakby przez tych kilka sekund numerek miał mu zupełnie wylecieć z głowy.
Sara znów złapała mnie za rękę i pociągnęła przez korytarz z siłą, o jaką bym
jej nie podejrzewała. Kiedy w końcu zatrzymaliśmy się pod białymi drzwiami z
numerkiem szesnaście, uznałam że jeszcze kilka metrów a dziewczyna wyrwałaby mi
rękę.
- To tutaj, wszystkiego najlepszego!-
powiedziała radośnie i zarzuciła mi ręce na szyję niemal mnie dusząc. Była
stanowczo zbyt silna jak na tak drobną budowę. Spojrzałam jeszcze na mojego
brata i posłałam mu znaczący uśmiech „nigdy więcej”. Zrozumiał. Odwzajemnił
uśmiechem w stylu „zawsze mogło być gorzej”. Wtedy Sara pociągnęła za klamkę. W
idealnie białym pomieszczeniu na wysokim metalowym stoliku, takim jakie można znaleźć
w każdej przychodni weterynaryjnej, stał piękny lecz nieduży biało szary pies
rasy husky, łudząco przypominający wilka. Na jego szyi zawieszona była zielona
kokardka, zrobiona z bibuły.
W drodze do domu nowa członkini naszej
rodziny dostała wybrane wspólnie imię Seele, czyli dusza. Powrót zajął nam
zaledwie dziesięć minut. Tak jak mi się wcześniej wydawało, na osłoniętym
drzewami podjeździe naszego domu było dużo chłodniej niż przy budynku hodowli.
Snowie wysadziła nas pod drzwiami, a sama odjechała, nie mówiąc nam gdzie, ani na jak długo, co oznaczało, że mamy kilka godzin tylko dla siebie. Mnie to odpowiadało. Jeszcze tylko chwilę słyszeliśmy odgłos
wilgotnej ściółki przyklejającej się do opon, a potem dźwięk ten zagłuszony
został przez odgłosy lasu i wesołe trele ptaków. Ruszyłam w stronę domu i
otworzyłam drzwi. Przytrzymałam je żeby Scott trzymający Seele na smyczy mógł
swobodnie wejść, więc oczywiście wszyscy skorzystali z tej okazji, weszłam do
domu ostatnia. Odłożyłam klucze na niskim stoliku stojącym w przedpokoju, zaraz
przy drzwiach. Hol był wąski, ale dosyć długi, całkowicie biały, ale jedna ze
ścian, ta po prawej stronie była całkowicie zrobiona ze szkła i ciągnęła się
przez całą długość domu. Piękny widok na zachodzące słońce chowające się w
tafli jeziora, widoczny był również z ogromnego, połączonego z kuchnią i
jadalnią salonu. Wszystko było tu białe, nowoczesne, z detalami i ozdobami
koloru fioletowego. Tylko podłoga i blat kuchenny były czarne. Bezgłośnie
podzieliliśmy się obowiązkami. Tyle lat wspólnego życia nauczyło nas idealnej
współpracy i porozumiewania się bez słów. Ja z Sarą przygotowałyśmy przekąski i
napoje oraz nakarmiłyśmy Seele nabytą wcześniej karmą, a chłopcy włączyli
telewizor i załączyli wybrane przez nas już rano filmy.
- Nora, pozwoliłaś Sarze samej zrobić
popcorn?- zapytał ze śmiechem Ian- Odważna jesteś, ja bym aż tak nie ryzykował.-
po tych słowach Sara rzuciła w niego poduszką, udając zagniewaną, ale sama również się śmiała.
Wpuszczenie jej do kuchni było oznaką głupoty lub determinacji. Zupełnie sobie
z gotowaniem nie radziła. I jeszcze jedno, tak naprawdę mam na imię Eleanor,
nie Nora. Jednak wszyscy zwracają się do mnie właśnie tak, lub ewentualnie
Lenor. Moje prawdziwe imię jest ładne, ale zbyt długie i oficjalne. Puściliśmy
film. Była to naprawdę ciekawa komedia z moim ulubionym aktorem. Leżałam wygodnie
oparta plecami o Iana, z miską popcornu na kolanach. Była właśnie bardzo
zabawna scena i wszyscy śmialiśmy się zagłuszając dalsze słowa występujących w
filmie ludzi. Mimo hałasu jaki wywołaliśmy, wydawało mi się ze słyszę jakieś
inne dźwięki. Dochodziły one nie z telewizora, ani z znikąd w domu. Wydawało mi
się że pochodzą z zewnątrz. Machinalnie odwróciłam głowę w stronę oszklonej
ściany, ale poza standardowym widokiem jeziora, lasu i plaży, nie zobaczyłam
nic podejrzanego. Musiało mi się tylko zdawać Usadowiłam się więc głębiej na
swoim miejscu i wróciłam do oglądania filmu. Po kilku minutach usłyszałam ten
sam cichy, lecz już nieco donośniejszy dźwięk. Jednak tym razem byłam
całkowicie pewna że to nie było jedynie złudzenie, gdyż śpiąca dotąd spokojnie
na kanapie Seele, podniosła głowę prosto na szybę i strzygła nerwowo uszami w
kierunku źródła dźwięku. Do tego byłam pewna, że znam ten dźwięk słyszałam go
już wielokrotnie, tylko w nieco innej formie. Ciche lecz zdecydowane
kliknięcie, jakby ktoś przekręcał klucz w drzwiach. Ten bardziej znany mi
odgłos miał jeszcze w sobie dźwięk podobny do sypiących się iskierek. „Myśl
Lenor” skarciłam się w myślach. „Znasz ten dźwięk, słyszysz go codziennie”. Moi
przyjaciele nadal spokojnie oglądali film, śmiejąc się co chwilę, żadne nie usłyszało
lub przynajmniej nie przejęło się tym. Tylko ja i suczka słyszałyśmy. Potem
usłyszałam jeszcze jedno ciche „klip” wtedy uświadomiłam sobie skąd znam ten dźwięk.
Krew zmroziła mi się w żyłach, czułam jak nagle bladnę. Czułam jakby ktoś
spuścił ze mnie całe powietrze. Wstałam z kanapy jak poparzona, nie zważając na
protesty trójki wyłączyłam telewizor i podbiegłam do okna. Znowu ten odgłos.
Tym razem jednak niezagłuszany odgłosami filmu i śmiechem, dał się usłyszeć
wszystkim. Pomału i ostrożnie do szyby dotarli także pozostali. Mieli
wystraszone, skupione spojrzenia. Scott kręcił głową nie dowierzając, Ian
mocniej zacisnął zęby. Wtem z lasu wyszło czterech potężnie zbudowanych młodych
mężczyzn. Za nimi stał ogromny, większy nawet od nich, czarny lew. Patrzyli
prosto na nas, ale byłam pewna że nie widzą nic, poza własnym odbiciem w
szybie, gdyż była ona przyciemniana. Na ich twarzach malował się sarkastyczny
uśmieszek szaleńca. Serce zabiło mocniej, pompując krew z podwójną siłą i
szybkością. Adrenalina uderzyła do głowy, czas znacznie zwolnił. Nieznajomi
ruszyli prosto w stronę domu. Byłam pewna, że nie przyszli tu zrobić ogniska
nad jeziorem.
Zanim zdążyłam zareagować, ktoś szarpnął
mnie za rękę i pociągnął przez cały salon w stronę schodów na półpiętro.
2 komentarze:
Fajna książka.
Dziękuję :)
Prześlij komentarz