sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 1

1.

Goście

N iczego nie widziałam i to mnie okropnie irytowało. Lubię mieć wszystko pod kontrolą, a jak mam mieć skoro ta idiotyczna przepaska zasłaniała mi oczy? No ale oni się uparli. Pocieszał mnie jedynie fakt, że mój brat bliżniak Scott musi wyglądać równie absurdalnie. To podnosiło mnie na duchu. Dziś dwunasty czerwca, nasze urodziny.
Siedzieliśmy całą czwórką na tylnych siedzeniach dużego terenowego samochodu Snowie, ale było tam potwornie ciasno. Między słowami, Snowie jest moją babcią, ale jak wszyscy mieszkańcy Pyrry przestała się starzeć. Miała wtedy i ma do teraz siedemnaście lat. Mówimy do niej po imieniu. W końcu głupio mówić do kogoś starszego o zaledwie dwa lata „babcia”. Jechaliśmy po urodzinowy prezent niespodziankę dla naszej dwójki i szczerze mówiąc nie byłam tym faktem szczególnie usatysfakcjonowana. Nigdy nie lubiłam niespodzianek, a Sara i Ian, którzy wpadli na ten pomysł dobrze o tym wiedzą. Wsiadając więc do samochodu byłam trochę zła, ale po tym jak przez pół godziny jeździliśmy w kółko, żebym się nie domyśliła gdzie jedziemy, byłam już naprawdę aściekła. No na głowę można dostać. Od początku mi się to nie podobało, ale Sara tak nalegała, a jako że ja nie potrafię jej odmawiać, nie mając wyboru zgodziłam się. Teraz żałuję. I nie, Sara nie jest moją kochaną pięcioletnią siostrzyczką. Jest tylko o rok ode mnie młodsza i nie jesteśmy nawet spokrewnione. Mimo tego kocham ją jak własną siostrę. Ona i jej brat Ian mieszkają z nami, na Ziemi wraz ze Snowie, która przeniosła się tu kiedy odstąpiła tronu Pyrry swojej córce, mojej matce. Oboje są sierotami, nie mają żadnych krewnych. Kiedy byli jeszcze bardzo mali, ich rodzice zginęli. Nigdy żadne z nas nie dowiedziało się, w jaki sposób. Wmawiano nam, że był to wypadek samochodowy, ale ja w to nie wierzę. Moja mama, była bliską przyjaciółką zmarłych. Zaopiekowała się rodzeństwem. Niestety na krótko, później cała nasza czwórka trafiła na Ziemię, do Snowie. To było jedenaście lat temu, kiedy ja, Ian i Scott mieliśmy tylko po cztery latka.
Jechaliśmy bardzo długo, o wielę za długo, ale znałam miasto wystarczająco dobrze, by chociaż domyśleć się gdzie jesteśmy. Całe szczęście, że auto posiadało klimatyzacje, bo tegoroczny czerwiec był wyjątkowo upalny, a ściśnięci, przyklejeni jeden do drugiego, z pewnością nie dotrwalibyśmy końca podróży. Po rzeczonej półgodzinnej jeździe, usłyszałam dyskretny klekot drobnych żwirowych kamyczków pod kołami i samochód zaparkował. Pociągnęłam za schłodzoną klamkę, popchnęłam z impetem drzwi i jak poparzona wyskoczyłam z auta. W tej samej chwili uznałam, że lepiej byłoby jeździć w kółko przez kolejne pół godziny. Na zewnątrz panował niemiłosierny skwar. W samochodzie dzięki klimatyzacji było chłodno, a powietrze mimo swego zapachu plastiku zdawało się być świeże i rześkie. Czyli zupełnie odwrotnie niż tutaj. Duszno, wilgotno, parno no i oczywiście gorąco. Dokąd oni mnie wywieźli? Na Saharę? W ogrodzie naszego domu było o wiele przyjemniej, choć to może dlatego że mieszkamy poniekąd w lesie, nad brzegiem jeziora z którego zawiewał chłodny wiaterek. Wzdrygnęłam się, kiedy poczułam na swoim karku lodowatą dłoń Iana
- Jesteśmy!- powiedział, wyraźnie zafascynowany tym faktem, jakby wogóle nie czuł tego upału.
- Nie mów- odparłam z niechęcią- myślałam, że zatrzymaliśmy się żeby przesiąść się na samolot. Wiec mogę już zdjąć tę idiotyczna przepaskę z oczu?
Nie czekałam jednak na odpowiedz i rozwiązałam materiałowy supełek z tyłu głowy wyrywając sobie przy tym kilka włosów. Kiedy oczy przyzwyczaiły się już do światła, pierwszą rzeczą jaką zauważyły był Scott, który swoją opaskę musiał zdjąć już w samochodzie, bo ani on, ani stojąca obok niego Sara nie mieli jej w ręku. Miałam ochotę krzyknąć, że to nie fair, ale powstrzymałam się zachowując tę uwagę dla siebie. Pewnie znowu uznaliby, że jestem przewrażliwiona. Przewróciłam oczami i rozejrzałam się po okolicy. Staliśmy na parkingu dużego, ale niskiego budynku. Miał kilka okien, a w każdym z nich były długie białe żaluzje, jak u lekarza, w kilku stały też piękne zadbane roślinki. Obiekt musiał być nowy, lub przynajmniej dopiero co po remoncie, gdyż odznaczał się nowoczesnością. Miał duże szklane drzwi, a wzdłuż całej budowli namalowany był pasek w kolorze czerwonym. Okrągłe okna miały ładne oprawy z naturalnego drewna. Na dachu ustawiona była metalowa tablica z napisem „HODOWLA PSÓW RAS PIERWOTNYCH”. Chcieli mi- to znaczy nam- kupić psa, poważnie? Od piętnastu lat nie mogłam się o to doprosić, a oni decydują się na niego w takim momencie? Błagam.
-Chodź Nora- powiedziała Sara radośnie i pociągnęła mnie w stronę drzwi.
-Mam nadzieję, że w środku jest chłodniej.
Kiedy podeszłyśmy do szklanych drzwi na tyle blisko, by zobaczyć w nich nasze dość wyraźne odbicia, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Dlaczego tyle ludzi myliło nas z rodzeństwem? Z wyglądu w ogóle nie jesteśmy do siebie podobne. Sara ma mleczno czekoladowe falowane włosy, oczy tego samego koloru i ciemną karnację. Moje włosy są niemal białe, mam jasną porcelanową cerę i zielone oczy. Do tego siostra Iana jest ode mnie o głowę niższa. I mimo że jest o rok młodsza, a ja raczej do niskich nie należę, to ona gubi się nawet w tłumie swoich rówieśników. Naprawdę nie wiem skąd ten pomysł o rodzeństwie. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi. Przyjemne zimne powietrze buchnęło z wewnątrz. Tak, tego mi właśnie brakowało. Przytrzymałam drzwi wpuszczając chłopców i Snowie. Sara radosnym krokiem podeszła do lady, która kojarzyła mi się z rejestracją u mojego dentysty, nie lubię mojego dentysty. Była biała, więc dobrze komponowała się ze ścianami koloru kawy z mlekiem. Poustawiane na niej zdjęcia w eleganckich ramkach przedstawiały psy różnych ras, przyozdobione kolorowymi medalami i pucharami. To zapewne wychowankowie hodowli.
- Pokój numer szesnaście- oznajmiła miłym głosem przysadzista czarnoskóra kobieta, spoglądając na Iana, a ten kiwnął głową, uśmiechnął się i ruszył przed siebie.
- Szesnaście, szesnaście- mruczał pod nosem, jakby przez tych kilka sekund numerek miał mu zupełnie wylecieć z głowy. Sara znów złapała mnie za rękę i pociągnęła przez korytarz z siłą, o jaką bym jej nie podejrzewała. Kiedy w końcu zatrzymaliśmy się pod białymi drzwiami z numerkiem szesnaście, uznałam że jeszcze kilka metrów a dziewczyna wyrwałaby mi rękę.
- To tutaj, wszystkiego najlepszego!- powiedziała radośnie i zarzuciła mi ręce na szyję niemal mnie dusząc. Była stanowczo zbyt silna jak na tak drobną budowę. Spojrzałam jeszcze na mojego brata i posłałam mu znaczący uśmiech „nigdy więcej”. Zrozumiał. Odwzajemnił uśmiechem w stylu „zawsze mogło być gorzej”. Wtedy Sara pociągnęła za klamkę. W idealnie białym pomieszczeniu na wysokim metalowym stoliku, takim jakie można znaleźć w każdej przychodni weterynaryjnej, stał piękny lecz nieduży biało szary pies rasy husky, łudząco przypominający wilka. Na jego szyi zawieszona była zielona kokardka, zrobiona z bibuły.
W drodze do domu nowa członkini naszej rodziny dostała wybrane wspólnie imię Seele, czyli dusza. Powrót zajął nam zaledwie dziesięć minut. Tak jak mi się wcześniej wydawało, na osłoniętym drzewami podjeździe naszego domu było dużo chłodniej niż przy budynku hodowli. Snowie wysadziła nas pod drzwiami, a sama odjechała, nie mówiąc nam gdzie, ani na jak długo, co oznaczało, że mamy kilka godzin tylko dla siebie. Mnie to odpowiadało. Jeszcze tylko chwilę słyszeliśmy odgłos wilgotnej ściółki przyklejającej się do opon, a potem dźwięk ten zagłuszony został przez odgłosy lasu i wesołe trele ptaków. Ruszyłam w stronę domu i otworzyłam drzwi. Przytrzymałam je żeby Scott trzymający Seele na smyczy mógł swobodnie wejść, więc oczywiście wszyscy skorzystali z tej okazji, weszłam do domu ostatnia. Odłożyłam klucze na niskim stoliku stojącym w przedpokoju, zaraz przy drzwiach. Hol był wąski, ale dosyć długi, całkowicie biały, ale jedna ze ścian, ta po prawej stronie była całkowicie zrobiona ze szkła i ciągnęła się przez całą długość domu. Piękny widok na zachodzące słońce chowające się w tafli jeziora, widoczny był również z ogromnego, połączonego z kuchnią i jadalnią salonu. Wszystko było tu białe, nowoczesne, z detalami i ozdobami koloru fioletowego. Tylko podłoga i blat kuchenny były czarne. Bezgłośnie podzieliliśmy się obowiązkami. Tyle lat wspólnego życia nauczyło nas idealnej współpracy i porozumiewania się bez słów. Ja z Sarą przygotowałyśmy przekąski i napoje oraz nakarmiłyśmy Seele nabytą wcześniej karmą, a chłopcy włączyli telewizor i załączyli wybrane przez nas już rano filmy.
- Nora, pozwoliłaś Sarze samej zrobić popcorn?- zapytał ze śmiechem Ian- Odważna jesteś, ja bym aż tak nie ryzykował.- po tych słowach Sara rzuciła w niego poduszką, udając zagniewaną, ale sama również się śmiała. Wpuszczenie jej do kuchni było oznaką głupoty lub determinacji. Zupełnie sobie z gotowaniem nie radziła. I jeszcze jedno, tak naprawdę mam na imię Eleanor, nie Nora. Jednak wszyscy zwracają się do mnie właśnie tak, lub ewentualnie Lenor. Moje prawdziwe imię jest ładne, ale zbyt długie i oficjalne. Puściliśmy film. Była to naprawdę ciekawa komedia z moim ulubionym aktorem. Leżałam wygodnie oparta plecami o Iana, z miską popcornu na kolanach. Była właśnie bardzo zabawna scena i wszyscy śmialiśmy się zagłuszając dalsze słowa występujących w filmie ludzi. Mimo hałasu jaki wywołaliśmy, wydawało mi się ze słyszę jakieś inne dźwięki. Dochodziły one nie z telewizora, ani z znikąd w domu. Wydawało mi się że pochodzą z zewnątrz. Machinalnie odwróciłam głowę w stronę oszklonej ściany, ale poza standardowym widokiem jeziora, lasu i plaży, nie zobaczyłam nic podejrzanego. Musiało mi się tylko zdawać Usadowiłam się więc głębiej na swoim miejscu i wróciłam do oglądania filmu. Po kilku minutach usłyszałam ten sam cichy, lecz już nieco donośniejszy dźwięk. Jednak tym razem byłam całkowicie pewna że to nie było jedynie złudzenie, gdyż śpiąca dotąd spokojnie na kanapie Seele, podniosła głowę prosto na szybę i strzygła nerwowo uszami w kierunku źródła dźwięku. Do tego byłam pewna, że znam ten dźwięk słyszałam go już wielokrotnie, tylko w nieco innej formie. Ciche lecz zdecydowane kliknięcie, jakby ktoś przekręcał klucz w drzwiach. Ten bardziej znany mi odgłos miał jeszcze w sobie dźwięk podobny do sypiących się iskierek. „Myśl Lenor” skarciłam się w myślach. „Znasz ten dźwięk, słyszysz go codziennie”. Moi przyjaciele nadal spokojnie oglądali film, śmiejąc się co chwilę, żadne nie usłyszało lub przynajmniej nie przejęło się tym. Tylko ja i suczka słyszałyśmy. Potem usłyszałam jeszcze jedno ciche „klip” wtedy uświadomiłam sobie skąd znam ten dźwięk. Krew zmroziła mi się w żyłach, czułam jak nagle bladnę. Czułam jakby ktoś spuścił ze mnie całe powietrze. Wstałam z kanapy jak poparzona, nie zważając na protesty trójki wyłączyłam telewizor i podbiegłam do okna. Znowu ten odgłos. Tym razem jednak niezagłuszany odgłosami filmu i śmiechem, dał się usłyszeć wszystkim. Pomału i ostrożnie do szyby dotarli także pozostali. Mieli wystraszone, skupione spojrzenia. Scott kręcił głową nie dowierzając, Ian mocniej zacisnął zęby. Wtem z lasu wyszło czterech potężnie zbudowanych młodych mężczyzn. Za nimi stał ogromny, większy nawet od nich, czarny lew. Patrzyli prosto na nas, ale byłam pewna że nie widzą nic, poza własnym odbiciem w szybie, gdyż była ona przyciemniana. Na ich twarzach malował się sarkastyczny uśmieszek szaleńca. Serce zabiło mocniej, pompując krew z podwójną siłą i szybkością. Adrenalina uderzyła do głowy, czas znacznie zwolnił. Nieznajomi ruszyli prosto w stronę domu. Byłam pewna, że nie przyszli tu zrobić ogniska nad jeziorem.
Zanim zdążyłam zareagować, ktoś szarpnął mnie za rękę i pociągnął przez cały salon w stronę schodów na półpiętro.

2 komentarze:

Kryśka0 pisze...

Fajna książka.

Unknown pisze...

Dziękuję :)

Obserwatorzy