niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 6 cz. 1



6.


Cholera. Więc tak, próbowaliśmy i walki i ucieczki, kiedy ta pierwsza nie poskutkowała. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, że oba sposoby nam nie wyszły. Tylko Sara zdążyła się uratować skokiem przez malutkie okienko w salonie. Pod tym względem mieliśmy przewagę, bo oni nawet jej nie zauważyli i pewnie stwierdzili, że w ogóle dziewczyny z nami nie było. Oni, czyli ludzie na rozkazach Arline.
Siedzieliśmy we trójkę na wilgotnej ziemi, na zewnątrz, przywiązani do studni. Deszcz nadal padał, ociekając strużkami z mojego ciała, a w blasku księżyca, nasze mokre ubrania lśniły. Ręce miałam ciasno obwinięte sznurem, który okropnie mnie uwierał, ale nie zamierzałam się użalać i groźnie łypałam na ubranych w ciemne ciuchy chłopców, z minami morderców.
Tylko ja wyszłam z tej sytuacji właściwie bez szwanku. Siniaka na udzie nie zaliczam do ran. Gorzej było z chłopcami. Ian, który w mojej obronie rzucił się na dowódcę grupy, Willa i oberwał naprawdę mocno. Miał podbite oko, z nosa ciekła mu krew, a na łydce miał cztery krwawe punkty po zębach czarnego wilka, w którego to Will potrafił się zmieniać. Przykro było go oglądać w tym stanie. Scott dostał natomiast solidnego kopniaka w brzuch i nadal kulił się z bólu. Nikogo jednak nie zabili i z pewnością nie mieli nawet takiego rozkazu, bo w przeciwnym wypadku już leżelibyśmy martwi. Moja ukochana kuzyneczka chciała nas żywych. A konkretnie, to mnie.
- Łatwo poszło, nie sądzisz Zack? – zaśmiał się przywódca bandy. Znałam go dobrze, zresztą każdemu był doskonale znany, bo jako główny pomagier Arline budził postrach w naszej części Pyrry. Był młody, nawet jak na kogoś może żyć tak długo. Zaledwie trzydziestolatek, choć wyglądał na dwadzieścia. Mógłby nawet uchodzić za przystojnego, wysoki, o kruczoczarnych włosach i stalowoszarych oczach , gdyby nie długa, brzydka blizna, biegnąca od czoła aż po policzek. To mój tata mu ją zrobił. Pewnie dlatego Will żywił taką nienawiść do mojej rodziny. Zack, chłopak do którego się zwrócił, siedział na pniaku obok nas i polerował sztylet, ten sam, którym wcześniej prawie przeszył mi czaszkę.
-Chyba nie sądziłeś, że nam się nie uda, co? Przecież to jeszcze dzieciaki – prychnął i przyłożył mi czubek noża do podbródka – No piękna, to teraz wszystko nam wyśpiewasz. Gdzie kamień hę?            
- Zostaw ją – wychrypiał Scott, ale kolejne silne kopnięcie skutecznie zabrało mu głos.
- Nigdy go nie znajdziesz – prchnęłam. Gdybym tylko miała wolne ręce, to przysięgam, wydrapałabym mu oczy.
- To się jeszcze okaże – powiedział Will i podszedł do studni – wyśpiewasz wszystko, jak na spowiedzi.
        I wtedy coś zwróciło moją uwagę. Drobny ruch, za plecami Willa wszystkich innych. Wytężyłam wzrok, by lepiej widzieć. Szarobiały wilk przemykał bezszelestnie między zaroślami. Był ogromny, jak na Ziemskiego i zbyt mały, jak na Pyrryjskie standardy, mógł mi sięgać najwyżej do żeber, podczas gdy powinien być ode mnie nawet i ciut wyższy. Sara, to oczywiste. Tylko jej wilk był tak drobny, miał jedno ślepie niebieskie drugie czerwone, nastroszone jak szczeniak futro i duże uszy. Wyglądał raczej jak duży lis, na długich, patykowatych nogach. W skupieniu zmierzała w kierunku chatki, aż zniknęła za nią. Chwilę później – już jako człowiek – pojawiła się na dachu, z łukiem wymierzonym w moim kierunku. Naprawdę nie wiem i chyba nigdy nie zrozumiem, jak ona potrafi poruszać się tak bezszelestnie. Czasami aż mnie to przeraża. I nie to, że wątpię w jej umiejętności strzeleckie, nieraz widziałam jak jedną strzałą kładzie wzbijające się do lotu ptaki, ale jednak kiedy ktoś w ciebie celuje, można spanikować. Pierwsza strzała ze świstem przecięła powietrze i trafiła idealnie w gruby węzeł, którym uwiązano nas przy studni. Zaraz po niej pomknęła kolejna strzała, a splot pęknął uwalniając nas. Will, Zack i inni byli tak zaskoczeni, że przez chwilę stali jak stali jak słupy soli. To dało nam szansę by pozbierać zadki z ziemi i zaatakować. Skoczyłam na najdrobniejszego z chłopców (który i tak był dość potężnie zbudowany). Uchylił się przed moim pierwszym ciosem, zadanym sztyletem. Tak, moim sztyletem. Nawet nie zadali sobie trudu rozbrojenia nas, tak byli pewni siebie. Szybko odzyskał równowagę i trzeźwość umysłu i natarł na mnie. Sparowałam potężny cios, przy pomocy dwóch skrzyżowanych ze sobą noży. Owszem, potrafię to. W końcu kiedyś mam być królową nie? Powinnam coś umieć. Wykorzystując siłę jego uderzenia, odepchnęłam chłopaka wytrącając mu przy okazji miecz z ręki. Po raz kolejny zachwiał się i upadł, niefortunnie uderzając głową o kant studni i tracąc przytomność.
- Łatwo poszło – mruknęłam do siebie, kręcąc młynki zdobycznym mieczem. Znacznie bardziej lubiłam walczyć tą bronią, niż sztyletem.
- Nora, za tobą! – usłyszałam krzyk Sary, dobiegający z dachu chaty. Błyskawicznie odwróciłam się i zauważyłam… Dziewczynę? Do tej pory myślałam, że zaatakowała nas grupa składająca się z samych mężczyzn. Widać można mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Tamta byłaby mnie rozćwiartowała, gdyby nie starzała, która wbiła się w jej ramię, skutecznie zatrzymując. Krzyknęła z bólu i posłała mi nienawistne spojrzenie. No co? To nie moja wina.
         Przebiegłam obok niej, chyba niechcący potrącając i ruszyłam na pomoc bratu, który walczył z Zackiem. Chciałam zaatakować go od tyłu, z zaskoczenia, ale niestety nie jestem Sarą i ruszam się jak słoń, więc usłyszał mnie i odparował mój cios, ale jednak nie był już takim doskonałym szermierzem, kiedy przyszło mu walczyć z dwoma przeciwnikami, tym bardziej, że Scott też doskonale radził sobie z walką wręcz.
          Nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk, który sam w sobie był wołaniem o pomoc. Doskonale znałam ten głos, może nawet lepiej, niż mój własny.
- Sara! – obróciłam się na pięcie i zostawiłam brata samego. Popędziłam w kierunku chatki, na dachu której Will zapędził moją przyjaciółkę na sam brzeg, niczym wilk małą owieczkę. Miecz trzymał wyprostowany w jej kierunku, a zbliżał się powoli, pozwalając jej bać się jeszcze bardziej. A nawet z tej odległości widziałam panikę w jej oczach. W końcu chatka była dość wysoka, a ona balansowała na krawędzi jej dachu. Po beczkach i skrzynkach wdrapałam się dość niezgrabnie, ale wystarczająco cicho na górę i bezszelestnie podkradłam się do Willa.
- Tknij ją – wysyczałam kiedy dźgnęłam go lekko czubkiem miecza w plecy – a obiecuję, zrobię z ciebie mielonkę tu i teraz.
       Chłopak warknął zirytowany, jakbym była muchą, kręcącą mu się koło ucha i obrócił się uderzając ostrzem o ostrze. Stal zabrzęczała, a ja omal nie pisnęłam, kiedy ostry ból przeszył mój nadgarstek.          
         Walczyliśmy zawzięcie, oddając uderzenie za uderzeniem. Ale w końcu się stało – potknęłam się i upadłam na plecy. Will zaśmiał się szyderczo i już miał zadać mi śmiertelny cios, kiedy nagle znieruchomiał, a jego twarz wykrzywił grymas bólu? Zaskoczenia? Nie wiedziałam co się dzieje, dopóki nie runął martwy, ze strzałą wystającą z karku. Strzałą ze złociście żółtą brzechwą, charakterystyczną, bo używaną  tylko przez moją przyjaciółkę, by lepiej rzucała się w oczy podczas polowań w cieniach lasu.  Bezwładne ciało chłopaka sturlało się po pochyłej strzesze. Spojrzałam wystraszona na Sarę. Jasne, wcześniej każde z nas walczyło, i to wiele razy, można wręcz powiedzieć, że całe nasze życie jest jedną wielką walką o przetrwanie, ale żadne nie zabiło nigdy człowieka. Można polować na zwierzęta, jednak to nie to samo. Otrząsnęłam  się z szoku i wstałam na nogi.
- Chodź, musimy uciekać – powiedziałam, starając się panować nad głosem. Całe szczęście, że miałam w tym wprawę. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam za sobą, ale ona stała jak zahipnotyzowana – Sara, to nie twoja wina. Gdyby nie ty, to ja bym tam teraz leżała, rozumiesz? Choć, jemu już nie pomożesz.
         W końcu przełknęła ślinę, kiwnęła głową i poszła za mną. Widziałam jednak, że nadal nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Nic dziwnego, przecież to była moja Sara, ta najmniejsza, najmłodsza, najbardziej niewinna z nas. Nieśmiała dziewczynka, zawsze pięknie uśmiechnięta, martwiąca się o wszystkich wokoło, tylko nie o siebie. Bałam się, co teraz z nią będzie. Ale koniec końców mieliśmy wojnę. To pewnie nie była ostatnia osoba, która straci życie z naszych rąk. Nie zamierzałam jej tego mówić. Zbiegłyśmy po pochyłości i skoczyłyśmy, robiąc przewrotkę przy zetknięciu z glebą, by zamortyzować upadek.
- Ian, Scott! Spadamy! – zawołałam. Od razu zerwali się do ucieczki i całą czwórką pobiegliśmy powrotem w stronę torów, pod górę, przez pola. 
___________________________________________________________________________________

 Dziękuję Wam za cierpliwość. Egzaminy poszły dobrze, zwłaszcza część humanistyczna. Teraz mam więcej czasu, więc pewnie nadrobię z pisaniem. Planuję skończyć pierwszą część w lipcu, trzymajcie kciuki, żeby się udało. Pozdrawiam gorąco.

Brak komentarzy:

Obserwatorzy