niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 6 cz. 1



6.


Cholera. Więc tak, próbowaliśmy i walki i ucieczki, kiedy ta pierwsza nie poskutkowała. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, że oba sposoby nam nie wyszły. Tylko Sara zdążyła się uratować skokiem przez malutkie okienko w salonie. Pod tym względem mieliśmy przewagę, bo oni nawet jej nie zauważyli i pewnie stwierdzili, że w ogóle dziewczyny z nami nie było. Oni, czyli ludzie na rozkazach Arline.
Siedzieliśmy we trójkę na wilgotnej ziemi, na zewnątrz, przywiązani do studni. Deszcz nadal padał, ociekając strużkami z mojego ciała, a w blasku księżyca, nasze mokre ubrania lśniły. Ręce miałam ciasno obwinięte sznurem, który okropnie mnie uwierał, ale nie zamierzałam się użalać i groźnie łypałam na ubranych w ciemne ciuchy chłopców, z minami morderców.
Tylko ja wyszłam z tej sytuacji właściwie bez szwanku. Siniaka na udzie nie zaliczam do ran. Gorzej było z chłopcami. Ian, który w mojej obronie rzucił się na dowódcę grupy, Willa i oberwał naprawdę mocno. Miał podbite oko, z nosa ciekła mu krew, a na łydce miał cztery krwawe punkty po zębach czarnego wilka, w którego to Will potrafił się zmieniać. Przykro było go oglądać w tym stanie. Scott dostał natomiast solidnego kopniaka w brzuch i nadal kulił się z bólu. Nikogo jednak nie zabili i z pewnością nie mieli nawet takiego rozkazu, bo w przeciwnym wypadku już leżelibyśmy martwi. Moja ukochana kuzyneczka chciała nas żywych. A konkretnie, to mnie.
- Łatwo poszło, nie sądzisz Zack? – zaśmiał się przywódca bandy. Znałam go dobrze, zresztą każdemu był doskonale znany, bo jako główny pomagier Arline budził postrach w naszej części Pyrry. Był młody, nawet jak na kogoś może żyć tak długo. Zaledwie trzydziestolatek, choć wyglądał na dwadzieścia. Mógłby nawet uchodzić za przystojnego, wysoki, o kruczoczarnych włosach i stalowoszarych oczach , gdyby nie długa, brzydka blizna, biegnąca od czoła aż po policzek. To mój tata mu ją zrobił. Pewnie dlatego Will żywił taką nienawiść do mojej rodziny. Zack, chłopak do którego się zwrócił, siedział na pniaku obok nas i polerował sztylet, ten sam, którym wcześniej prawie przeszył mi czaszkę.
-Chyba nie sądziłeś, że nam się nie uda, co? Przecież to jeszcze dzieciaki – prychnął i przyłożył mi czubek noża do podbródka – No piękna, to teraz wszystko nam wyśpiewasz. Gdzie kamień hę?            
- Zostaw ją – wychrypiał Scott, ale kolejne silne kopnięcie skutecznie zabrało mu głos.
- Nigdy go nie znajdziesz – prchnęłam. Gdybym tylko miała wolne ręce, to przysięgam, wydrapałabym mu oczy.
- To się jeszcze okaże – powiedział Will i podszedł do studni – wyśpiewasz wszystko, jak na spowiedzi.
        I wtedy coś zwróciło moją uwagę. Drobny ruch, za plecami Willa wszystkich innych. Wytężyłam wzrok, by lepiej widzieć. Szarobiały wilk przemykał bezszelestnie między zaroślami. Był ogromny, jak na Ziemskiego i zbyt mały, jak na Pyrryjskie standardy, mógł mi sięgać najwyżej do żeber, podczas gdy powinien być ode mnie nawet i ciut wyższy. Sara, to oczywiste. Tylko jej wilk był tak drobny, miał jedno ślepie niebieskie drugie czerwone, nastroszone jak szczeniak futro i duże uszy. Wyglądał raczej jak duży lis, na długich, patykowatych nogach. W skupieniu zmierzała w kierunku chatki, aż zniknęła za nią. Chwilę później – już jako człowiek – pojawiła się na dachu, z łukiem wymierzonym w moim kierunku. Naprawdę nie wiem i chyba nigdy nie zrozumiem, jak ona potrafi poruszać się tak bezszelestnie. Czasami aż mnie to przeraża. I nie to, że wątpię w jej umiejętności strzeleckie, nieraz widziałam jak jedną strzałą kładzie wzbijające się do lotu ptaki, ale jednak kiedy ktoś w ciebie celuje, można spanikować. Pierwsza strzała ze świstem przecięła powietrze i trafiła idealnie w gruby węzeł, którym uwiązano nas przy studni. Zaraz po niej pomknęła kolejna strzała, a splot pęknął uwalniając nas. Will, Zack i inni byli tak zaskoczeni, że przez chwilę stali jak stali jak słupy soli. To dało nam szansę by pozbierać zadki z ziemi i zaatakować. Skoczyłam na najdrobniejszego z chłopców (który i tak był dość potężnie zbudowany). Uchylił się przed moim pierwszym ciosem, zadanym sztyletem. Tak, moim sztyletem. Nawet nie zadali sobie trudu rozbrojenia nas, tak byli pewni siebie. Szybko odzyskał równowagę i trzeźwość umysłu i natarł na mnie. Sparowałam potężny cios, przy pomocy dwóch skrzyżowanych ze sobą noży. Owszem, potrafię to. W końcu kiedyś mam być królową nie? Powinnam coś umieć. Wykorzystując siłę jego uderzenia, odepchnęłam chłopaka wytrącając mu przy okazji miecz z ręki. Po raz kolejny zachwiał się i upadł, niefortunnie uderzając głową o kant studni i tracąc przytomność.
- Łatwo poszło – mruknęłam do siebie, kręcąc młynki zdobycznym mieczem. Znacznie bardziej lubiłam walczyć tą bronią, niż sztyletem.
- Nora, za tobą! – usłyszałam krzyk Sary, dobiegający z dachu chaty. Błyskawicznie odwróciłam się i zauważyłam… Dziewczynę? Do tej pory myślałam, że zaatakowała nas grupa składająca się z samych mężczyzn. Widać można mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Tamta byłaby mnie rozćwiartowała, gdyby nie starzała, która wbiła się w jej ramię, skutecznie zatrzymując. Krzyknęła z bólu i posłała mi nienawistne spojrzenie. No co? To nie moja wina.
         Przebiegłam obok niej, chyba niechcący potrącając i ruszyłam na pomoc bratu, który walczył z Zackiem. Chciałam zaatakować go od tyłu, z zaskoczenia, ale niestety nie jestem Sarą i ruszam się jak słoń, więc usłyszał mnie i odparował mój cios, ale jednak nie był już takim doskonałym szermierzem, kiedy przyszło mu walczyć z dwoma przeciwnikami, tym bardziej, że Scott też doskonale radził sobie z walką wręcz.
          Nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk, który sam w sobie był wołaniem o pomoc. Doskonale znałam ten głos, może nawet lepiej, niż mój własny.
- Sara! – obróciłam się na pięcie i zostawiłam brata samego. Popędziłam w kierunku chatki, na dachu której Will zapędził moją przyjaciółkę na sam brzeg, niczym wilk małą owieczkę. Miecz trzymał wyprostowany w jej kierunku, a zbliżał się powoli, pozwalając jej bać się jeszcze bardziej. A nawet z tej odległości widziałam panikę w jej oczach. W końcu chatka była dość wysoka, a ona balansowała na krawędzi jej dachu. Po beczkach i skrzynkach wdrapałam się dość niezgrabnie, ale wystarczająco cicho na górę i bezszelestnie podkradłam się do Willa.
- Tknij ją – wysyczałam kiedy dźgnęłam go lekko czubkiem miecza w plecy – a obiecuję, zrobię z ciebie mielonkę tu i teraz.
       Chłopak warknął zirytowany, jakbym była muchą, kręcącą mu się koło ucha i obrócił się uderzając ostrzem o ostrze. Stal zabrzęczała, a ja omal nie pisnęłam, kiedy ostry ból przeszył mój nadgarstek.          
         Walczyliśmy zawzięcie, oddając uderzenie za uderzeniem. Ale w końcu się stało – potknęłam się i upadłam na plecy. Will zaśmiał się szyderczo i już miał zadać mi śmiertelny cios, kiedy nagle znieruchomiał, a jego twarz wykrzywił grymas bólu? Zaskoczenia? Nie wiedziałam co się dzieje, dopóki nie runął martwy, ze strzałą wystającą z karku. Strzałą ze złociście żółtą brzechwą, charakterystyczną, bo używaną  tylko przez moją przyjaciółkę, by lepiej rzucała się w oczy podczas polowań w cieniach lasu.  Bezwładne ciało chłopaka sturlało się po pochyłej strzesze. Spojrzałam wystraszona na Sarę. Jasne, wcześniej każde z nas walczyło, i to wiele razy, można wręcz powiedzieć, że całe nasze życie jest jedną wielką walką o przetrwanie, ale żadne nie zabiło nigdy człowieka. Można polować na zwierzęta, jednak to nie to samo. Otrząsnęłam  się z szoku i wstałam na nogi.
- Chodź, musimy uciekać – powiedziałam, starając się panować nad głosem. Całe szczęście, że miałam w tym wprawę. Złapałam ją za rękę i pociągnęłam za sobą, ale ona stała jak zahipnotyzowana – Sara, to nie twoja wina. Gdyby nie ty, to ja bym tam teraz leżała, rozumiesz? Choć, jemu już nie pomożesz.
         W końcu przełknęła ślinę, kiwnęła głową i poszła za mną. Widziałam jednak, że nadal nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Nic dziwnego, przecież to była moja Sara, ta najmniejsza, najmłodsza, najbardziej niewinna z nas. Nieśmiała dziewczynka, zawsze pięknie uśmiechnięta, martwiąca się o wszystkich wokoło, tylko nie o siebie. Bałam się, co teraz z nią będzie. Ale koniec końców mieliśmy wojnę. To pewnie nie była ostatnia osoba, która straci życie z naszych rąk. Nie zamierzałam jej tego mówić. Zbiegłyśmy po pochyłości i skoczyłyśmy, robiąc przewrotkę przy zetknięciu z glebą, by zamortyzować upadek.
- Ian, Scott! Spadamy! – zawołałam. Od razu zerwali się do ucieczki i całą czwórką pobiegliśmy powrotem w stronę torów, pod górę, przez pola. 
___________________________________________________________________________________

 Dziękuję Wam za cierpliwość. Egzaminy poszły dobrze, zwłaszcza część humanistyczna. Teraz mam więcej czasu, więc pewnie nadrobię z pisaniem. Planuję skończyć pierwszą część w lipcu, trzymajcie kciuki, żeby się udało. Pozdrawiam gorąco.

czwartek, 27 marca 2014

Wracam po egzaminach

Witam!
Jako, że egzamin gimnazjalny tuż tuż i trzeba się wziąć w garść, kolejny post zaraz po ich zakończeniu, czyli 26 lub 27 kwietnia. Wiem, że to długo, może akurat uda mi się coś naszkrobać, ale nie obiecuję. Mam nadzieję, że zaczekacie. Dzięki i powodzenia tym, którzy będą męczyli się razem ze mną ^^

poniedziałek, 17 marca 2014

rozdział 5

5. 
Wyłamana


- Och, nie chowaj go, jeszcze może się przydać - staruszka ostrzegła mojego brata. Nawet ja, mimo że siedziałam tuż obok niego, ledwie dostrzegłam nieznaczny ruch, kiedy Scott wkładał krótki nóż do specjalnej kieszeni swojego plecaka. A przecież kobieta stała dobre dwa metry od nas, a swoją uwagę skupiała wyłącznie na potrawce, bulgoczącej w garnku. Spojrzałam zdziwiona po towarzyszach i tylko wzruszyłam ramionami.
- Pewnie jesteście głodni, prawda? - zapytała. Sara ochoczo pokiwała głową. Średnio mnie to zdziwiło, ona nigdy nie przestawała być głodna. Mimo, że ja i chłopcy odmówiliśmy posiłku, po chwili przed nami pojawiły się trzy kubki gorącego rosołu. Chuchając na niego, by trochę ochłodzić parzący w język płyn, rozejrzałam się po chatce. Wewnątrz była nawet mniejsza, niż wydawała nam się ze szczytu wzgórza. Cały domek składał się z dwóch izb, salonu połączonego z kuchnią i jadalnią, oraz sypialni. Wszystko było bardzo skromnie urządzone - staromodna kuchenka kaflowa, drewniany stół, który niegdyś musiał być bardzo piękny, ale teraz odstraszał licznymi drzazgami i rysami, fotele z których wychodziły sprężyny i kilka obrazów, przedstawiających krajobrazy. Staruszka mieszkała tutaj zupełnie sama. Nie rozumiałam, dlaczego Scott nie miałby schować noża, byliśmy - jak mi się zdawało - zupełnie bezpieczni, odizolowani od reszty świata. Prawda, dziwnym był fakt, że kobieta znała nasze imiona i najwidoczniej się nas spodziewała, ale co mogła nam zrobić ta bezzębna, miła babunia?
- Jesteś Pyrryjką? - zapytałam, zanim zdałam sobie sprawę, że to oczywiste.
- Ja? - zaśmiała się - Kochana, schlebiasz mi, ale czy ja ci wyglądam na Pyrryjkę? Mam siwe włosy, zmarszczki, ledwo widzę i słyszę, a ty twierdzisz, że pochodzę z waszego świata, tak?
Uśmiechnęłam się. Racja, to było głupie, ale nie dawał mi spokoju fakt, że staruszka nas znała.
- Chyba szybko stąd nie wyjdziemy. Za chwilę rozpada się na dobre - zauważyła Sara. Podeszłam do małego, lichego okienka w salonie. Miała rację. Deszczyk, który wcześniej delikatnie stukał w lichą szybkę, nabrał teraz na sile.
- Czy moglibyśmy zostać tu jeszcze przez jakiś czas? - zapytałam poprawiając zabrudzoną zasłonę.
- Oczywiście - odparła staruszka - Jak długo tylko chcecie. Tutaj zawsze brak mi towarzystwa - dodała z uśmiechem i wróciła do gotowania. Musiała to naprawdę lubić, bo odkąd przybyliśmy do chatki, nie zajmowała się niczym innym.
Poleciła nam się rozgościć, ale Sara i chłopcy zostali przy jadalnianym stole. Ja, jako że stałam już w salonie, postanowiłam się rozejrzeć. Sama nie wiem czego szukałam, chyba jakichkolwiek informacji o tajemniczej starszej kobiecie. Podeszłam do zakurzonego regału na książki. Wszystkie były wyjątkowo stare i najwidoczniej od dawna nieużywane, bo podobnie jak póki na których stały, pokryte były grubą warstwą pyłu. Wzięłam do rąk jedną z nich, oprawioną w czarną skórę. Kiedy tylko ją otworzyłam, wypadła z niej fotografia. Schyliłam się, by ją podnieść i stanęłam jak wryta, bo na zdjęciu rozpoznałam swoich rodziców. Otworzyłam zaciekawiona książkę, która okazała się być albumem. Przejrzałam kilka pierwszych stron. Były to stare fotografie, niektóre przedstawiały nawet moją babcię, kiedy była młodsza ode mnie. Na jednym zdjęciu nieznana mi kobieta prowadziła dziecko za rączkę. Po chwili zorientowałam się, że berbeciem w różowej sukieneczce jestem ja, a ową kobietą była goszcząca nas teraz staruszka, tyle że kilkadziesiąt siwych włosów temu.
- Pani zna moją rodzinę - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, unosząc grubą księgę. Wszyscy zwrócili w zaciekawieniu oczy na mnie.
- Och, tak. Oczywiście że znam - westchnęła - Pamiętam was wszystkich, kiedy jeszcze byliście tacy malutcy - uniosła dwa palce dla podkreślenia swych słów.
- Ale przecież jest Pani Ziemianką, prawda? - zdziwił się Ian. To samo chodziło teraz i po mojej głowie. Mieszkańcy Ziemi nie mogli przecież korzystać z portali.
- Owszem, jestem. Raz na jakiś czas pojawiają się jednak tacy, którym dane jest odkryć sekret innych światów...
- Mówią o nich wyłamanymi - przerwał jej Scott - Myślałem że to fikcja. Że oni nie istnieją.
Staruszka uniosła brew.
- To jasne, że tak sądzisz. Ta informacja jest ściśle tajna. Pewnie dlatego tak wielu się o niej dowiedziało - wykrzywiła usta w bezzębnym uśmiechu.
- Kim są wyłamani? - zapytała Sara, która do tej pory siedziała cichutko w kącie stołu - I dlaczego to takie tajne?
- Wyłamanym jest czysto-krwisty Ziemianin, który jakimś sposobem odnalazł portal i przedostał się przez niego - wytłumaczyła kobieta - Nie wiadomo, czemu tak się dzieje, ale jest to niezwykle rzadkie zjawisko. Pyrra trzyma ich istnienie w tajemnicy, bo takie osoby potrafią odczytywać starożytne przepowiednie,  trzymane w różnych częściach waszego świata. Są one napisane w zapomnianym przez wszystkich języku, który wyłamani potrafią jednak rozszyfrować.
- A ty jesteś tą, która odczytała najstarszy ze zwojów - domyśliłam się. Teraz przypominałam już sobie, jak wielokrotnie słyszałam, że tę jedną, najcenniejszą przepowiednię odczytali mieszkańcy Ziemi, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogło się to zdarzyć stosunkowo niedawno. Do tej pory oczywistym było, że było to jeszcze przed Wojną Światów.
- Ciekawa byłam, czy do tego dojdziesz, moja droga - uśmiechnęła się do mnie ciepło - W rzeczy samej. Dlatego też zesłano mnie tutaj, do tej małej chatki, w której mieszkam już od dziesięciu lat. Tu znacznie trudniej jest mnie znaleźć.
- Ale po co komuś jakaś stara przepowiednia? - zdziwił się Ian
- Bo to nie jest jakaś przepowiednia. Opisuje dzieje wszystkich światów od zniszczenia Naru i kończy się w czasach obecnych - powiedział Scott.
- I co w związku z tym?
- Mówi o naszej wojnie prawda? Ty wiesz, co się stanie kto ją wygra i dlatego musisz się ukrywać, prawda? - zapytałam w końcu.
- Nie przez to się ukrywam, ale masz rację, wiem co się stanie, ale wy raczej nie powinniście - ostrzegła. Otworzyłam usta. Cisnęło mi się na nie jedno pytanie, ale nie wiedziałam, jak je sformułować, bałam się też, że mogłabym się posunąć o krok za daleko. Na szczęście wyręczył mnie Scott.

- Ona nie mówi tylko o tej wojnie - stwierdził. Widząc że kobieta nie wie, o co mu chodzi dodał - przepowiednia. Ją kończą nasze losy.

 Ziemianka popatrzyła po nas zmieszanym wzrokiem. Westchnęła głęboko.

- Nie wiem skąd to wiesz chłopcze, ale niestety tak.

Sara bawiła się kosmykiem swoich ciemnych, falowanych włosów.

- Niestety? - w jej głosie można było zauważyć drobne zawachanie.

- To nie jest najszczęśliwsza historia, jaką udało mi się usłyszeć dziecko - wyznała ze spuszczoną głową nasza gospodyni. Kiedy podniosła wzrok, krył się w nich ból i smutek - Szczególnie dla ciebie.

Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną. Mało powiedziane. Była przerażona. Jeszcze nikt nigdy nie powiedział, że tej drobnej, niewinnej istotce, może coś grozić. Wszyscy ją kochali, a w szczególności ja.

- To niedorzeczne! - krzyknęłam, może odrobinę zbyt głośno. Atmosfera w chatce zrobiła się tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

- Nora, uspokój się - ostrzegł Ian

- Najszlachetniejsza historia, wymaga niekiedy najcięższych ofiar - wyznała staruszka i podeszła do mojej przyjaciółki, gotowa wszcząć kłótnie z tą siedemdziesięciolatką, kiedy ta nagle zwróciła na mnie swój wzrok. Przez ułamek sekundy widziałam w nich szaleństwo, jakby miała z nich wyjść dzika bestia, po czym kobieta oparła się o drewniany blat kuchenny i złapała się za głowę z zatroskaną miną.

- Nie powinnam wam tego była mówić. To co usłyszycie zaraz, też jest tajemnicą, którą mam nadzieję zachowacie. W końcu i tak się o tym dowiecie - wzięła głęboki oddech, jakby przygotowywała się na potok słów - Chętnie pomogłabym wam znaleźć Serce Pyrry, ale jestem już za stara, a i nie mam pojęcia, gdzie ono jest. Nawet wyłamani, nie mają takiej wiedzy. Życzę wam szczęścia. Będzie wam potrzebne, bo nie macie wiele czasu. Arline nie będzie czekała tyle, ile jej matka. Wraz z ostatnim liściem, na Pyrryjskich drzewach, zaatakuje.

Ostatni liść. Przeszył mnie zimny dreszcz. Pory roku na moim świecie były inne, niż tutaj, na Ziemi. Lato i zima panowały następując bezpośrednio po sobie i trwały teorytycznie po sześć miesięcy. Teorytycznie, bo w rzeczywistości różnie to bywa. Są jednak dwa dni w roku, które można by nazwać wiosną i jesienią. W jednym dniu spadają wszystkie liście lub zielenią się wszystkie łąki. Najgorsze jest to, że nikt nie może przewidzieć kiedy dokładnie przyjdą pory przejściowe. Tylko tyle, że jesień wypada jakoś teraz.

Eleanor - zwróciła się do mnie, a pod wpływem skruszonego wzroku kobiecinki, wyłamanej, skazanej na wieczną samotność za swą wiedzę, stopniała we mnie cała złość - nie miej nikomu za złe tego, co się stanie i opiekuj się nimi, póki tylko możesz.

Po tych słowach dokładnie przypatrzyła się każdemu z nas.

- Zaraz wrócę - dodała niespodziewanie, pokuśtykała przez  kuchnię i zniknęła za drzwiami maleńkiej sypialni.

- Nie sądzicie, że to dziwne? - spytał Scott. Ale nikt mu nie odpowiedział. Ja przypatrywałam się przyjaciółce. Na jej twarzy widziałam całą paletę emocji, od strachu, przez zdziwienie i ciekawość. Był to niecodzienny widok, bo zazwyczaj gościł na niej tylko uśmiech. Nagle jednak przybrała zupełnie inną postawę. Zesztywniała, powoli przewracała oczami po pokoju. Rzadko widywałam ją w takim stanie, ale wiedziałam, co on oznaczał. Lata spędzone w lesie na nasłuchiwaniu zwierzyny, dawały teraz o sobie znać. Sara musiała usłyszeć coś, co ją zaniepokoiło.

Wstała powoli z krzesła i ruszyła w stronę drzwi sypialni, w których przed chwilą zniknęła nasza gospodyni. Byłam pod wrażeniem tego, jak cicho i sprawnie się poruszała. Po drodze założyła strzałę ze złocistą brzechwą na cięciwę długiego łuku. Przełknęłam ślinę. Sara nie zachowałaby się tak bez powodu. Ruszyliśmy z wolna za nią, ale pod naszymi stopami spruchniałe deski skrzypiały i stękały. Ian otworzył ciężkie drzwi, a ja pierwsza przekroczyłam próg. Było ciemno, a przez otwarte okno zawiewało chłodne powietrze nocy. Serce biło mi jak oszalałe, miałam wrażenie, że obija się po pokoju echem. Nie było tutaj nikogo. Miałam właśnie zawołać staruszkę, kiedy coś świsnęło w powietrzu. W ramie drzwi, kilka centymetrów nad moją głową, drgał teraz ostry jak brzytwa nóż.

sobota, 1 marca 2014

Rozdział 4

4. 
Niespodzianka


Rankiem obudziło mnie pukanie do drzwi. Moje oczy lepiły się do siebie, a ciało odmawiało wstania z miękkiego, ciepłego łóżka, ale ktoś, kto dobijał się do pokoju, najwidoczniej bardzo chciał wejść. Wygramoliłam się więc z pościeli i poczłapałam otworzyć. Za drzwiami stał uśmiechnięty od ucha do ucha Ian.
- Cieszysz się tak, bo jest piąta rano? - zapytałam z trudem utrzymując powieki w górze.
- Niekoniecznie - odparł, nadal się do mnie szczerząc. Patrzyłam przez chwilę w jego niesamowite, duże, mleczno brązowe oczy, po czym wpadło mi do głowy, że powinnam go zaprosić.
- Wejdź, siądź na łóżku i poczekaj, tylko się ubiorę - poleciłam, ale on podszedł do ściany, na której przyklejone były zdjęcia i oglądał je zamyślony.
- Tą lubię najbardziej - wskazał dość starą fotografię, na której cała roześmiana malowałam mu pędzlem nos. To było kiedy mieliśmy dziewięć lat, nie mam pojęcia dlaczego wybrał właśnie ten obrazek. Uśmiechnęłam się na znak, że mnie też się on podoba i ze stertą ubrań ruszyłam do łazienki. Kiedy wyszłam Ian siedział na łóżku, tak jak mu kazałam wcześniej. Wpatrywał się we mnie, co nieco mnie peszyło, ale postanowiłam tego po sobie nie okazywać, jak zawsze mnie uczono. Zachowanie kamiennej twarzy było dla królewskiej córki podstawą. Chłopak pomógł mi znieść mój podróżny plecak na dół, ponieważ stwierdził, że jest ciężki. Moim zdaniem wcale taki nie był, ale skoro chłopak chciał, to dlaczego miałabym mu odmawiać? Później poszliśmy razem na śniadanie. Dojście do jadalni zajmowało trochę czasu. Pałac był bowiem ogromny, pełen wąskich jak i obszernych korytarzy, wijących się niekiedy bardzo okrężnymi drogami. W końcu dowlekliśmy się na śniadanie. Ta komnata była stosunkowo mała w porównaniu do reszty zamczyska, choć i tak ogromna, bardzo wysoka i bogato zdobiona bardzo starymi, ręcznie zdobionymi meblami, przeróżnymi pięknymi gobelinami, liczącymi sobie kilkaset lat. Nad naszymi głowami wisiał potężny, kryształowy żyrandol a ściany ozdobiono marmurem i wyjątkowo cennym złotem z Herakrydy. Jednak nie była to główna jadalnia, tamta była kilkakrotnie większa i pełna przepychu, ale używano jej tylko na poważne uroczystości.
 Sara i Scott przyszli tam dopiero po kilkunastu minutach i oboje byli półprzytomni ze zmęczenia. Zastanawiałam się o której wrócili z lasu. Zgadywałam że najprędzej zaledwie kila godzin temu.
- Dobrze ci się spało? - zapytałam ją, a ona posłała mi nienawistne spojrzenie, które z resztą nie wyglądało zbyt groźnie, jako że ledwo mieszała łyżeczką w herbacie. Wybuchnęłam śmiechem, a Ian uśmiechnął się pod nosem, za co dostał solidnego kopniaka pod stołem od siostry.
Kiedy skończyliśmy jeść, przyszedł czas, by wyruszyć na misję. Wzięliśmy nasze bagaże i wyszliśmy przed zamek. Jeśli ktoś myśli, że jako przyszłej królowej będzie mi towarzyszył pożegnalny orszak, grubo się myli. Od strażnika stojącego przed główną bramą dostaliśmy fałszowane paszporty, trochę ziemskich pieniędzy i bilety lotnicze. Na Malcie był co prawda portal, na całej Ziemi były ich tysiące, ale wszystkie były zablokowane, ze względu na wojnę. Wszystkie poza tym, którym dostaliśmy się na Pyrrę. Każde z nas zabrało też broń. Nie miałam pojęcia, jak mielibyśmy dostać się z nią do samolotu, ale strażnik zapewnił nas, że to załatwione. Od tej chwili mieliśmy sobie radzić sami. Rzuciłam skąpanemu w porannym letnim słońcu pałacowi i udaliśmy się do portalu, a stamtąd prosto na dworzec kolejowy. Niestety, najbliższy pociąg do Wrocławia, skąd mieliśmy wylecieć, był dopiero za dwie godziny. Zmuszeni byliśmy czekać. Scott i Ian szybko znaleźli sobie zajęcie - rzucali do siebie małą, kauczukową  piłeczką tak, by ten drugi jej nie złapał. Wkrótce i ja z Sarą dołączyłyśmy do zabawy, dzięki której czas uciekał w mgnieniu oka, choć kiedy dobiegały nas godziny przedpołudniowe, a upał dawał się we znaki, zabawa sprawiała znacznie mniej przyjemności. W końcu, z kilkunastominutowym opóźnieniem na  stację wtoczył się leniwie ciężki, stary skład. Piszczał i stękał, jakby zmuszano go do pracy ponad siły, ale dał radę się zatrzymać. Weszliśmy do środka i zajęliśmy jeden z przedziałów, który był zupełnie pusty, a to bardzo nam odpowiadało. Czekała nas długa podróż, więc wszyscy usadowiliśmy się wygodnie, niewielkie bagaże, jakie zabraliśmy ze sobą, chłopcy włożyli na półkę nad naszymi głowami. Sara miała przed tym niejakie obawy, zresztą ja też choć nie powiedziałam tego głośno. Regał nie wyglądał bowiem zbyt solidnie, z resztą jak cały pociąg i sprawiała wrażenie jakby zaraz miała się zawalić. Postanowiliśmy jednak zaryzykować. Ja usiadłam tuż przy oknie, naprzeciwko przyjaciółki, która niemal natychmiast, kiedy tylko zajęła miejsce, pogrążyła się w czujnym jak zwykle śnie. Tymczasem nasi bracia zajęli się już sobą, a ja uchyliłam z wielkim trudem ciężkie okno napełniając nasz przedział świeżym choć gorącym powietrzem i  wyglądałam przez szybę na kilku kolejnych stacjach, aż w końcu sen i mnie zabrał w swe objęcia.
Kiedy ponownie otworzyłam oczy, z przerażeniem stwierdziłam że na zewnątrz pomarańczowa tarcza słoneczna niemal całkowicie schowała się za horyzont, malując niebo na wszystkie odcienie czerwieni. Na Wrocławskim dworcu powinniśmy być o 15, tymczasem mogło być nawet cztery godziny później. Czyżbyśmy przegapili naszą stację? Kiedy wyjrzałam za okno, zauważyłam że pociąg stoi w szczerym polu, najwidoczniej z dala od cywilizacji. Gdzieś w oddali biegła linia wysokiego napięcia, a tuż przy wagonach stała spora grupa ludzi, zarówno młodych jak i starszych, a także dzieci. Natomiast obok mnie nie było nikogo, moi przyjaciele zniknęli jak kamfora, dlatego postanowiłam wyjść na zewnątrz by sprawdzić, o co chodzi. Owinęłam się  szczelniej swetrem, który ktoś musiał na mnie zarzucić, gdyż doskonale pamiętam że usnęłam beż niego. Cieszyłam się jednak z ciepła, jakie dawał, bo wieczór był wietrzny choć temperatura nadal była wysoka. Wyszłam z pociągu, zostawiając nierozważnie wszystkie nasze bagaże samym sobie i ruszyłam przez tłum szukając jakąś znajomą twarz.
Każda osoba miała coś do powiedzenia, kiedy pytałam co się wydarzyło, ale mówili tak szybko i niezrozumiale, że nadal tkwiłam w niewiedzy. Przeciskałam się więc dalej między ludźmi, popychając ich nawet niekiedy. Może nie był to zbyt miły gest, ale chyba po prostu zbytnio przywykłam do tego, że inni zwyczajnie schodzą mi z drogi. W końcu w tłumie zauważyłam Iana wykłucającego się o coś z młodym, zdezorientowanym konduktorem w granatowym uniformie.
- Kiedy zostanie naprawiony? - zapytał chłopak natarczywie.
- Najwcześniej za kilka godzin, może nawet jutro rano, przecież już mówiłem - odparł mężczyzna błagalnym wręcz tonem. Najwidoczniej rosły nastolatek nie był pierwszym, który o to pytał, a on po prostu nie potrafił udzielić poprawnej odpowiedzi.
- Co się dzieje? - zagadałam zaciekawiona, kiedy tylko do niego podeszłam. Konduktor skorzystał z tej okazji i czmychnął do wagonu przed kolejnymi pytaniami i złością ludzi.
- Zepsuł się, pociąg nam się zepsuł, dasz wiarę? - syknął niezadowolony. Odsunęłam się od niego o krok, byłam bardzo zdziwiona, gdyż Ian nigdy nie podnosił głosu, a już szczególnie na mnie. - Przepraszam, jestem zdenerwowany, przecież możemy nie zdążyć na lotnisko! - wytłumaczył.
- A gdzie my właściwie jesteśmy? Bo to, że szybko się stąd nie wydostaniemy już wiem.
- Jakieś 20 kilometrów od Wrocławia - odpowiedział rozglądając się wokoło i wskazując kierunek, w którym najwidoczniej znajdowało się miasto.
- To dość daleko - tymi słowami właściwie skończyłam naszą rozmowę. Wpatrywałam się teraz w  niesamowite, mleczno-brązowe oczy Iana, tak podobne do oczu jego siostry. Czasami miałam wrażenie że potrafiły one czarować, bo zarówno Sara jak i chłopak potrafili zjednać w sobie każdego. Mnie jednak bardziej przekonywały czary Iana.
Bardzo często przyrównywano go do mojego brata, bo byli najlepszymi przyjaciółmi i zawsze razem pakowali się w tarapaty. Ale moim zdaniem znacznie się różnili. Scott wszystko obracał w żart, co często było denerwujące. Poza tym, uważał że wszystko mu wolno i jego wybryki nie przynoszą przykrych konsekwencji. A Ian nie. Potrafił przepraszać, był czuły i miły. Za to go lubiłam.
W tej chwili usłyszałam jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się w tamtym kierunku i spostrzegłam, że w naszym kierunku biegnie mój brat. O wilku mowa.
- Byłem na krótkim spacerku i nie zgadniecie co znalazłem - wydyszał zmęczony, jakby przebiegł cały maraton.
- Umieram z ciekawości - odparłam sarkastycznie, ale Scott udawał że nie słyszał.
- Za polami, jakąś godzinę drogi, jest chatka. Może właściciele mają samochód i podwiozą nas?
- I to jest według ciebie krótki spacerek? - wycedziłam - A nie pytałeś może czy nie mają Serca Pyrry na zbyciu?
Scott zrobił zagniewaną minę i pewnie wszcząłby ze mną kłótnię, gdyby nie Ian.
- Hej Nora, spokojnie. Może to nie jest zły pomysł. Tutaj z pewnością nie możemy liczyć na pomoc, więc chyba nie mamy nic do stracenia.
Nie lubiłam kiedy ktoś wmawiał mi, że nie mam racji, ale nie zamierzałam się wykłócać z Ianem. Dałam więc za wygraną.
- Gdzie jest Sara?- zapytałam zaniepokojona, kiedy zauważyłam, że tylko jej tu brakuje.
- W wagonie restauracyjnym rozdają kawę i herbatę, oraz kanapki za darmo, więc od razu tam poszła - wytłumaczył mi Ian. No tak, dziewczyna mimo swej drobnej postury,  jednak jadła za nas wszystkich i z pewnością nie mogła przegapić takiej okazji, bo byłby to w jej mniemaniu ciężki grzech. Poczłapaliśmy do naszego przedziału, by tam na nią zaczekać i powiedzieć o naszych planach wyruszenia w drogę. Zjawiła się po jakimś czasie, niosąc ciepły napój i kolację dla każdego z nas.
- Dobry pomysł - odparła z wypchanymi ustami, na wieść o wyprawie przez pola nocą. Tak właśnie zostałam definitywnie przegłosowana. Ruszyliśmy zaraz, kiedy zjedliśmy. Sara szła pierwsza, bo jako myśliwy miała wyjątkowo wyczulone zmysły wzroku i słuchu. W pogotowiu trzymała swój długi łuk, który do tej pory spoczywał w futerale na gitarę. Nie byłam jednak przekonana, czy w razie potrzeby dziewczyna byłaby w stanie strzelić z niego do człowieka, a przecież wszystko mogło się wydarzyć. Zaraz za nią Scott, później ja i na końcu Ian, jako najwyższy i najsilniejszy z nas. Wbrew pozorom mój brat wcale nie był mocno zbudowany, choć dość wysoki, ale nadrabiał za to zwinnością i daleko idącym sprytem.
- Daleko jeszcze? - spytała  go zniecierpliwiona dziewczyna, kiedy to weszliśmy na szczyt niewielkiego wzniesienia w dole którego stała samotnie stara chatka, z której wnętrza dobywało się żółte światło.
- Chyba niezbyt - odparłam i ruszyłam w dół.

- Kto puka? - Sara podeszła do drzwi jako pierwsza, ale zawahała się kiedy miał potrząsnąć za mosiężną kołatkę.
- Boisz się? - prowokował ją Scott, wykorzystując okazję by pokazać dziewczynie jej słabość. Obrzuciła go naburmuszonym spojrzeniem i uderzyła kołatką w drzwi.
- Może nikogo nie ma? - stwierdziłam, kiedy dłuższą chwilę nikt nie otwierał.
- Ale w kuchni świeci się światło - zauważył Ian i w tym momencie ciężkie, drewniane i lekko już spruchniałe drzwi chaty otworzyły się.
- No, jesteście w końcu! Już myślałam że nie przyjdziecie - uśmiechnęła się starsza kobieta, na nasz widok, gestem zapraszając do środka.

piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 3

3.

Misja

Tak na prawdę wcale się nie cieszyłam. Nienawidziłam swojej matki ze wzajemnością. Kiedy byliśmy dziećmi, odesłała nas na Ziemię i już jej nie obchodziliśmy. Zawsze kiedy tylko była zmuszona zamienić ze mną słowo, miałam nieodparte wrażenie, że już ją zawiodłam. Ian w skrócie opowiedział jej co nam się przytrafiło. Zlustrowała nas wzrokiem.
- Zaprowadźcie Sarę do skrzydła szpitalnego - powiedziała beznamiętnie, wpatrując się we mnie - Ty nie Eleanor. Ciebie proszę do Sali Dowództwa.
- Nie ma mowy - odparłam naburmuszona - Zaprowadzę ją tam, a dopiero później mogę tam przyjść. Ze Scottem. 
Po jej minie poznałam, że moje żądanie niezbyt jej się podobało, ale mój brat miał takie samo prawo dowiedzieć się co jest grane, jak ja, a poza tym nie mogłam zostawić przyjaciółki samej. Zgoda, mój bunt miał też zdenerwować matkę, ale to inna sprawa. Przez chwilę toczyłyśmy bitwę na spojrzenia, którą jak zwykle wygrałam.
- Pół godziny, nie więcej - zarządziła, a kiedy miała już odejść, rzuciła jeszcze okiem na Sarę i uśmiechnęła się do niej. Z naszej czwórki, w zasadzie tylko ona mogła liczyć na takie przyjemności ze strony Rose. Chwyciłam przyjaciółkę pod ramię i dość brutalnie pociągnęłam ją przez korytaż, prosto do szpitalnej części zamku.
- Spadłaś z drzewa?! - zdziwiła się Hellen, główna lekarka. Rozumiałam jej szok. Sara wspinała się już na wyższe drzewa, ale od bardzo dawna z żadnego nie zaliczyła upadku, a tym bardziej nie zrobiła sobie przez to krzywdy.
- Przecież mówiłam ci, że to nie tak - usprawiedliwiała się dziewczyna. Muszę przyznać, że była dzielna. Dobrze wiem, że nienawidzi szpitali prawie tak samo jak suszu z owoców, a przy każdym zastrzyku mdlała (ale potrafiła całymi dniami przesiadywać w lesie w deszczu, na niewygodnym drzewie, czekając na zwierzynę). Myślę, że to ze względu na Hellen. Była nie tylko świetnym medykiem, ale i psychologiem. Była jedną z najstarszych Pyrryjek, ale przestała się starzeć w wieku 23 lat. Jej matka pochodziła stąd, ale ojciec był z Les Portos i to po nim odziedziczyła ręce które leczą.
- Mogę ją ci zostawić? - zapytałam, choć odpowiedz była oczywista. 
- Jak najbardziej, sądzę że z moimi lekami kostka będzie do użytku już za kilka godzin, ale potrzymam ją tutaj do rana. Nic się nie martw moja droga.
Uśmiechnęłam się do niej i oznajmiłam Scottowi że na nas już czas. Ruszyliśmy do drzwi, a Hellen wyrzuciła Iana tuż po naszym wyjściu. Sądzę że nadal miała do niego uraz po tym, jak "niechcący" spowodował wybuch w jej małym laboratorium. Wraz z bratem udałam się do Sali Dowództwa. Zwykle toczyły się tam rozmowy dotyczące wojen, były tam dokładne mapy wszystkich światów, niektóre bardzo stare i podniszczone. Kiedy tylko weszliśmy do komnaty poczułam ich charakterystyczny zapach pleśni.
- Spóźniłaś się - Powiedziała Rose, a ja puściłam tę uwagę mimochodem.
- O co chodzi? - zapytał Scott.
- Mamy wojnę, jest coraz gorzej.
- No co ty... Ał! - krzyknęłam, kiedy brat kopnął mnie w łydkę bym się przymknęła. Mama zmierzyła nas oburzonym wzrokiem. 
- Chcę powiedzieć, że Arline przejęła władzę na wschodzie i nie liczcie, że będzie czekała kolejnych trzydzieści pięć lat zbierając wojsko, jak jej matka.
Arline była moją kuzynką, choć tak naprawdę nigdy jej nawet nie widziałam. Ona była potomkinią starszej z sióstr, które rozpoczęły na Pyrrze wojnę o władzę. Oficjalnie przez ostatnie lata trwało zawieszenie broni i obie strony zbierały siły, ale Arline najwidoczniej nie miała zamiaru dłużej bezczynnie czekać. I dobrze, bo i ja tego nie chciałam, ale jako że nie byłam jeszcze królową zachodniej Pyrry, nie mogłam wydać rozkazu do ataku. A szkoda. Tym bardziej, że pojawił się wyczekiwany symbol, który ma rzekomo zwiastować kres bratobójczej wojny. Piaskowy wilk, brat Sary, mój najlepszy przyjaciel. Byłam tylko ciekawa, czy szala zwycięstwa przechyli się na naszą stronę.
- I co teraz? - zapytałam.
- Sądzę że powinniście znaleźć Serce Pyrry - oznajmiła Rose
Serce Pyrry, kamień który zawierał w sobie moc całego świata i którego nikt nie widział od wieków. Nie dawał nic szczególnego temu, kto go posiadł, ale gdybyśmy go zdobyli, znacząco podniósłby morale naszych wojsk.
- Niby jak mamy to według ciebie zrobić? 
Rose podeszła do najbliższego stołka, wzięła z niego jakiś stary kawałek pergaminu i podała nam. Bałam się że rozsypie mi się on w rękach.
- Ostatni raz widziano go na Maltańskiej wyspie Comino, tuż po wojnie światów - oznajmiła
- Na Ziemi? - zdziwił się Scott, nadal wpatrując się w pożółkły list, na którym ciasno napisane były jakieś współrzędne geograficzne i nazwa śródziemnomorskiej wyspy.
- Pyrra nie była wtedy najbezpieczniejszym miejscem.
- Dlaczego nie szukano go wcześniej? - chciałam wiedzieć.
- Bo tutaj nadal nie jest bezpiecznie - warknęła Rose - Ale musicie go odzyskać zanim zrobi to Arline, a spróbuje na pewno.
Zapadła absolutna cisza, jakby całe miasto wymarło, a był przecież letni wieczór, kiedy to ludzie wychodzili na rynek się bawić. 
- Kiedy? - powiedziałam w końcu, przerywając melancholię. 
- Najlepiej teraz lub jutro rano - odparła. 
- Nie możemy - oznajmiłam - Sara ma skręconą kostkę!
- Nikt nie powiedział że musi jechać na misję z wami, jest za młoda
- Jest tylko o rok młodsza od nas i nie zostawię jej tutaj samej!- ledwie powstrzymałam się od powiedzenia "z tobą", ale nie chciałam dostać kolejnego kopniaka od brata. Może myślałam samolubnie, w końcu nie jechaliśmy na wakacje, ktoś znów mógłby nas ścigać i tym razem mogliśmy nie mieć tyle szczęścia, ale w tamtej chwili moja złość wygrywała, poza tym czułam, że ktoś potrafiący walczyć na odległość może nam się przydać. Moja kłótnia z matką o to, czy dziewczyna powinna jechać z nami czy nie, trwała dłuższą chwilę. Kiedy w końcu Scott niechętnie mnie poparł, ostatecznie postawiłam na swoim. Widziałam że wolałby, gdyby Sara została. Nie to, że cię nie lubili, cała nasza czwórka oddała by za siebie życie, ale oni byli do siebie bardzo podobni i zawsze we wszystkim rywalizowali. W biegach, wspinaniu się po drzewach, sprycie. Problem w tym, że to zwykle moja przyjaciółka wygrywała, czego duma Scotta nie mogła wytrzymać. Dlatego wolały wyruszyć na misję bez niej, by pokazać kto tu rządzi. Poza tym wtedy byłabym jedyną dziewczyną, a nie mając wsparcia, chłopcy wykończyliby mnie nerwowo, przez swoją niedojrzałość. Wychodząc z Sali Dowództwa, uśmiechałam się pod nosem. Udało mi się solidnie postawić na swoim, a do tego Rose była wściekła. Uznałam to za dobry koniec dnia. Pożegnałam się z bratem i poczłapałam do swojego pokoju, zahaczając po drodze o szpital, by poinformować przyjaciółkę o jutrzejszym zadaniu. Kiedy tylko dotarłam swojej komnaty, uznałam że poza mną, nic się tutaj nie zmieniło. Ściany były waniliowe, całe obklejone zdjęciami moich przyjaciół, półka na której w równym rządku stały książki i miękkie, szerokie łóżko. Miałam ogromną ochotę rzucić się na nie plackiem, ale postanowiłam, że lepiej byłoby się spakować na jutrzejszą podróż i odświeżyć, po wędrówce w gorący dzień. Kiedy wyszłam spod prysznica, czułam się znacznie lepiej. Podeszłam do lustra i zabrałam się za rozczesywanie moich długich, jasnych włosów, kiedy niespodziewanie zauważyłam jakiś ruch za oknem. Wyjrzałam przez nie zaciekawiona. Przez polanę z tyłu pałacu biegła jakaś postać w ciemnej pelerynie z łukiem i kołczanem na plecach. Zaśmiałam się. A więc jednak możliwym jest uciec ze szpitala, którego pilnuje Hellen? Do tej pory udało się to tylko Sarze, choć podejrzewałam że był to jej pierwszy i ostatni raz. Z pewnością szła na polowanie, jak zwykle podczas pobytu na Pyrrze. Kawał drogi za nią podążała druga osoba, co do której również nie miałam wątpliwości. Czyżby mój brat tak szybko pogodził się z tym, że będzie musiał z nią rywalizować? Chyba po prostu nie mógł się oprzeć nocy spędzonej z nią w dziczy, obserwując jak świetnie posługuje się łukiem. On tego nie potrafił, za to w przeciwieństwie do niej był mistrzem w posługiwaniu się mieczem. Chadzał z nią do lasu, zbierał leśne rośliny i odpoczywał. Oboje byli dziećmi buszu i gdyby mogli, prawdopodobnie nigdy nie opuszczaliby puszczy. Kiedy zniknęli za drzewami, padłam na łóżku zmarnowana i niemal od razu zasnęłam. Byłam ciekawa tego, co czeka nas jutro.

sobota, 8 lutego 2014

Rozdział 2

2.
 
Uciekinierzy

Gdyby nie to, że Ian pociągnął mnie za sobą w kierunku schodów, z pewnością nadal stałabym przy tamtym oknie, nie mogąc uwierzyć jak oni znaleźli nas na Ziemi. Na szczęście chłopcy zachowali trochę zimnej krwi i dzięki temu żyjemy. Pędem dotarliśmy do schodów, po drugiej stronie pomieszczenia i wdrapaliśmy się na półpiętro przeskakując po kilka schodków naraz. Na tym poziomie znajdowały się nasze sypialnie i łazienka, wyżej- biblioteka, biuro i obszerny taras na dachu, ale nie było tam żadnego wyjścia ewakuacyjnego. Budowniczowie tego domu uznali że jest on tak bezpieczny iż nie potrzebuje dodatkowych jeszcze zabezpieczeń. A teraz okazał się swego rodzaju Titanikiem. Byliśmy w połowie drogi przez hol, kiedy Scott zatrzymał się tak nagle, że omal na niego nie wpadłam.
- Co ty do jasnej... - zaczęłam, ale brat uciszył mnie gestem. Zastygł w bezruchu i nadsłuchiwał. Położył rękę na klamce drzwi do pokoju Iana i nacisnął ją dokładnie wtedy, kiedy otworzyły się drzwi frontowe piętro niżej. Zagonił nas wszystkich do środka, ale sam nie wszedł z nami. Zamknął cicho drzwi, zostawiając nas samych. Chciałam iść za nim i spytać, co mu znowu strzeliło do głowy, Ian zapewnił mnie, że nic mu nie będzie i że zaraz wróci. Czułam się jak bohaterka powieści kryminalnej, a może nawet horroru. Staliśmy przez chwilę w ciemnym pokoju, nikt nie odważył się zapalić światła. Zastanawiałam się gdzie moglibyśmy się schować, ale dobrze wiedziałam, że oni i tak by nas znaleźli i że jedynym sensownym wyjściem jest ucieczka, ale jak uciec ze znajdującego się na wysokości trzeciego piętra pokoju? Wiedziałam jak
- Okno - powiedziałam, a moi przyjaciele od razu spojrzeli w jego kierunku. Podbiegłam do niego i szybkim ruchem otworzyłam. Chłodne, nocne powietrze uderzyło mnie w twarz. To było bardzo przyjemne uczucie, ale nie mogłam się nim delektować. Chwyciłam Iana za rękę i wyszłam na parapet po drugiej stronie. Normalnie nie porwałabym się na skok z tej wysokości, ale dwa metry ode mnie, znajdowały się grube gałęzie rozłożystego, starego klonu. Wystarczyło tyko porządnie się odbić i złapać ich, a później zejść po nich na dół. Wzięłam głęboki oddech i w tamtej chwili zapomniałam o całym świecie. Nawet o moim bracie, który polazł Bóg wie gdzie i mógł być już nawet martwy. Zamknęłam oczy, co nie było zbyt mądrym posunięciem i skoczyłam. Z zaskoczeniem stwierdziłam że trzymam się grubej, mocnej gałęzi, a kolejną mam tuż pod stopami. Nigdy nie byłam dobra we wspinaniu się po drzewach, za to Sarę i Scotta można było nazwać dziećmi lasu. Zaczęłam pomału schodzić w dół, kiedy nagle drzewo zakołysało się, gdy skoczył na nie Ian. Pomógł mi zejść z ostatniego konaru na ziemię i wtedy oboje zauważyliśmy że coś jest nie tak. Uniosłam głowę i z przerażeniem stwierdziłam że Sara nadal stoi w oknie, cała blada ze strachu, a mojego brata nadal nie ma. Chwilę zajęło mi zorientowanie się w sytuacji, po czym przypomniałam sobie że mimo iż dziewczyna chodzi po drzewach jak Tarzan, to panicznie boi się wysokości. Wiedziałam, że nie da rady skoczyć na klon. Zawołałam, próbując ją przekonać, ale nic to nie dało. Mało brakło, a Ian wróciłby się po siostrę. A kiedy powietrze wypełniło się głośnym szczekaniem psa, zaczęłam drżeć o życie Scotta. Zupełnie nagle pojawił się on w oknie i razem z Sarą wyszedł na parapet po drugiej stronie pokoju. Rzucił mi jakiś przedmiot, zapakowany w długi, czarny futerał, a sam kazał dziewczynie wejść sobie na plecy i trzymać się mocno. Gdzieś głęboko czułam, że ten pomysł nie ma prawa się udać, ale mój rozum nie dopuszczał tej myśli do świadomości. Scott skoczył i oboje z Ianem wstrzymaliśmy oddechy w chwilę, która ciągnęła się godzinami. I rzeczywiście- chłopak chwycił się gałęzi, ale ciężar ich obojga nie pozwolił mu się utrzymać i pociągnął ich w dół. Pamiętam, że pisnęłam, choć może tylko mi się wydawało. Ciężko uderzyli o glebę. Podbiegłam do nich, w przelocie łapiąc futerał z nieznaną zawartością i pomogłam przyjaciółce wstać, podczas gdy mój brat podniósł się sam, cały brudny i poobijany, ale przynajmniej żywy. Kiedy Sara oparła ciężar ciała na prawej nodze, syknęła z bólu i upadła znowu. Dotknęłam delikatnie jej kostki
- Skręcona?- zapytałam
- Chyba tak - odparła, ale nie mieliśmy czasu na zajmowanie się tym. Chłopcy pomagali jej iść, a ja niosłam przedmiot, po który to właśnie Scott wcześniej się wrócił.
- Co to jest? - chciałam się dowiedzieć kiedy po kilkunastu minutach uciekania zatrzymaliśmy się w głębi lasu na odpoczynek.
- Otwórz, to się przekonasz - polecił zdyszany. Zrobiłam jak mówił i wewnątrz płóciennego futerału zobaczyłam lśniący łuk i strzały należące do Sary. Wtedy wybaczyłam temu mojemu głupiemu bratu jego zniknięcie. Mimo że ani ja, ani Scott czy też Ian nie potrafiliśmy się obsługiwać tą bronią, to jej właścicielka opanowała tę sztukę do perfekcji, polując na leśną zwierzynę przy każdej okazji. Poza tym była to jedyna broń w naszym domu, nie licząc noży kuchennych, które raczej kiepsko by się sprawowały. Uścisnęłam chłopaka i w tej chwili radości wszyscy straciliśmy poczucie, iż ktoś może nas tutaj zauważyć. Do porządku doprowadziło nas wycie wilka, tak donośne, że czułam jak wszystkie kości w moim ciele drżą. Popatrzeliśmy po sobie porozumiewawczo. W tutejszych lasach nie żyły wilki. Szybko ruszyliśmy dalej.
W krótkim czasie dotarliśmy do miejsca, które było naszą ostatnią deską ratunku. Na środku maleńkiej polanki leżał samotny głaz-portal, jeden z wielu na Ziemi. Podbiegłam do niego, próbując odsunąć, ale on był względem mnie niewzruszony.
- Ian, pomóż mi z tym! - zawołałam - To waży chyba z tonę.
Z jego pomocą udało mi się odsunąć kamień na tyle, byśmy mogli wejść do dziury, która choć wyglądała jak zwyczajna królicza nora, była naszym biletem powrotnym do domu, na Pyrrę. Pierwszy wszedł Scott, by po drugiej stronie zaczekać na Sarę, której pomogliśmy się wgramolić do portalu zaraz za nim. Kiedy oni byli już bezpieczni i przyszła kolej na mnie, rozległo się kolejne wycie, tym razem znacznie bliżej i zauważyłam dwa żółte ślepia po drugiej stronie polany. Ian kazał mi szybko wejść do nory. Byłam tak przerażona, że nie panowałam już nad sobą i wślizgując się do środka, uderzyłam potylicą o głaz i straciłam przytomność, zostawiając Iana samego z wilkiem.
  Stałam sama w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. To nie Pyrra - pomyślałam. Nie znałam tego miejsca nawet ze zdjęć, czy opisów, a sądziłam że nic nie jest mnie już w stanie zaskoczyć. Znajdowałam się na szczycie nagiego wzniesienia. Wiał chłodny wiatr, który bawił się moimi włosami, a na ziemi zalegała gruba warstwa śniegu. Spojrzałam na siebie i ku mojemu zdziwieniu byłam odpowiednio ubrana, a przecież jeszcze chwilę temu miałam na sobie tylko krótkie szorty i podkoszulkę. Odwróciłam się, by zobaczyć resztę tego dziwnego krajobrazu i okazało się że moje wzgórze nie jest jedynym w okolicy. Tworzyły one naturalny krater, dolinę o łagodnych zboczach. Jednak mnie bardziej zainteresowało to, co znajdowało się w jej centrum. Wysoki, spowity w mgłę czarny pałac, o wieżach strzelistych jak w katedrze Sagrada Familia w Barcelonie. Byłam jednak pewna, że to nie Hiszpania. Zaciekawiona ruszyłam w stronę budowli. Śnieg skrzypiał mi pod nogami, a mróz kłuł w policzki. Do tego byłam nieco wystraszona, choć miejsce wyglądało na opuszczone od dawna i nie widziałam tu jeszcze żywej duszy, nawet roślin czy zwierząt. Ale może właśnie ta pustka przerażała mnie najbardziej? Z każdym kolejnym krokiem, miałam coraz większą ochotę wycofać się i uciec stąd jak najdalej. Im bliżej byłam celu, tym wszechobecna mgła zagęszczała się. Nagle poczułam coś dziwnego. Może wiatr zmienił kierunek, a może tylko moja wyobraźnia płatała mi figle, ale wyczułam czyjąś obecność, na tym wyludnionym pustkowiu. Mimowolnie odwróciłam się w stronę szczytu wzgórza i zastygłam w przerażeniu. Dokładnie w miejscu, w którym znajdowałam się kiedy tutaj trafiłam, stała teraz zakapturzona postać na koniu. Nie widziałam twarzy jeźdźca, ponieważ zachodzące słońce rzucało na niego cień, ale była to drobna postać, wyglądająca dość niepoważnie na potężnym i wysokim wierzchowcu. Człowiek ten nie wyglądał na groźnego, myślę że nie miał nawet ze sobą broni. Jedynym co posiadał, była trzymana w dłoni postrzępiona chorągiew z drzewcem przebitym strzałą. Może wracał właśnie z jakiejś bitwy? Postanowiłam podejść i go o to zapytać, ale kiedy tylko zrobiłam krok w jego kierunku, koń zarżał donośnie, stanął dęba i skoczył znikając po drugiej stronie wzniesienia. Przyspieszyłam kroku, mając nadzieję zobaczyć, dokąd udała się ta dziwna para, ale nigdzie nie było ich widać. Nie było nawet śladów na śniegu, które przekonałyby mnie że nie były to tylko omamy. Jeszcze raz rozejrzałam się po okolicy, ale zakapturzona postać nie pojawiła się. Zobaczyłam jednak leżącą na śniegu wysłużoną flagę. Podniosłam ją, a ona w tej samej chwili zapłonęła fioletowym ogniem. Odrzuciłam ją zdezorientowana  i cofnęłam się o krok, patrząc jak jedyny dowód na istnienie jeźdźca ginie w kolorowym płomieniu. Kiedy chorągiew spłonęła całkowicie, ku mojej całkowitej dezorientacji, śnieg pozostał w stanie nienaruszonym. Choć właściwie, to nadal płonął tym samym absurdalnym fioletowym płomieniem, który strawił sztandar, a płomyki układały się w dwa słowa: "Już czas".

   Obudziłam się nagle, cała zgrzana. Mój oddech przyspieszył, a serce tłukło się w mojej piersi pragnąc się stamtąd wyrwać. To był tylko sen Nora, uspokuj się - myślałam. Kiedy w końcu moje funkcje życiowe wróciły do normy, rozejrzałam się, by upewnić się że nie jestem już w śnieżnej dolinie we wzgórzach. Nie byłam. Poranne promienie słońca muskały moją twarz, a ptaki wesoło pokrzykiwały nademną. Byłam pewna, że tym razem na prawdę znajdowałam się na mojej Pyrrze, niedaleko portalu, w największej puszczy na zachodnim kontynencie, rozciągającej się od klifów na południowym wybrzeżu i kończącej się tuż przed samą stolicą w centralnej części kraju. Na naszym świecie były aż dwa portale prowadzące na Ziemię, na "naszym", zachodnim kontynencie, oraz na należącym do wrogów wschodzie. Reszta znajdowała się na ścianie, długim urwisku na północ od stolicy. Szybko odkryłam że bardzo boli mnie tył głowy. Przeklęty kamień. Że też musiałam się w niego uderzyć i stracić przytomność. Szybko rozejrzałam się wokoło po twarzach moich przyjaciół. Z ulgą uznałam że wszyscy - nawet Ian, są cali i zdrowi. Muszę jednak przyznać się, że to nie nim się wtedy interesowałam, ale jego siostrą, leżącą tuż obok mnie. Miała na kostce prowizoryczny bandaż z fragmentu czyichś spodni, a mój brat okrył ją swoją bluzą. Pomyślałam o moim śnie, o fioletowym płomieniu buchającym z przebitej strzałą flagi. Cała ta sprawa bardzo mnie niepokoiła, po pierwsze dlatego, że łucznictwo było jej atrybutem, była mistrzynią w swoim fachu i naprawdę rzadko kiedy ktoś bywał lepszy od niej, a ona sama nigdy nie chybiała. Ale bardziej przejmowałam się ogniem. Dlaczego? Cóż, sprawa jest dość skomplikowana, bo kiedy moja przyjaciółka była jeszcze mała, ukazał się u niej niezwykły dar, objawiający się właśnie jako takie krwisto fioletowe płomyki. Podpaliła mały sadek w ogrodzie Snowie, a po drzewach nie pozostało ani śladu w czasie w którym nie mógł by dokonać tego zwyczajny ogień. Hmm, niby niewiele, ale najstarsi mieszkańcy Pyrry sądzą, że to naprawdę niezwykły talent i dziewczyna prawdopodobnie potrafi znacznie więcej. Ja wiem tylko tyle, że tę umiejętność posiadali mieszkańcy zniszczonego Naru, ale przecież niemożliwym było, by to miało z tym coś wspólnego, bo wszyscy mieszkańcy zginęli. Postanowiłam się tym nie zajmować. Sarze tylko ten jeden raz udało się wywołać fioletowy ogień, więc może to był tylko przypadek? Bardzo chciałam zapomnieć o moim śnie, chorągwi i płonącym w śniegu napisie, ale nie potrafiłam. Z rozmyśleń wyrwało mnie dopiero dzikie rżenie, walczących ogierów pegaza lub konia wodnego. Wystraszyłam się nieco, bo rozwścieczone ludożerne konie to ostatnie, z czym chciałam mieć do czynienia. Z wielkim trudem wyrwałam moich przyjaciół ze snu. Narzekali chwilę, że budzę ich tak wcześnie, ale kiedy usłyszeli wściekłe zwierzęta, sami szybko się pozbierali. Kiedy szliśmy, Sara wysłała mi porozumiewawcze spojrzenie.
- Chłopcy mieli z nami dużo zabawy - przyznała z uśmiechem - Ty odleciałaś przy samym portalu, a ja nie mogłam chodzić.
- Jak Ian wydostał nas z Ziemi? - chciałam wiedzieć.
- Wszedł zaraz po tobie do tej dziury.
- Tak po prostu? - nie dowierzałam - I nie złapali go?
- Nie, oni byli daleko, więc zdążył.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Może nie dowiedziałam się tego, czego chciałam, ale musiało mi to wystarczyć. Sara zawsze tłumaczyła wszystko szczątkowo, więc nie liczyłam na rozwinięcie tej historii.
Całą drogę do stolicy chłopcy nieśli Sarę na barana, ale i tak szliśmy znacznie wolniej niż zwykle, przez co zajęło nam to pół dnia. Kiedy w końcu dotarliśmy na wysokie i strome wzgórze, będące granicą miasta, słońce było już nisko, tuż przy linii horyzontu. Z tego miejsca zwanego Bramą Światów, roztaczał się niezwykły widok. Kanna Arletta Pyrra, obecnie najstarsze miasto pośród wszystkich światów i moim zdaniem najpiękniejsze. Podzielone na trzy okręgi - najmłodszy zewnętrzny w obrębie którego znajdowały się nowoczesne domki o niskiej zabudowie, nazywany był Kanną. Kolejny okrąg, Arletta, składał się z najwyżej kilkupiętrowych budynków, pokrytych drogim marmurem lub pięknym Ziemskim piaskowcem, oddzielonych od siebie jedynie wąskimi uliczkami, podobnymi do tych, które widziałam na pocztówkach z Grecji, które kiedyś przysłała nam nauczycielka z szkole na Ziemi. Tylko jedna aleja, biegnąca w poprzek tej dzielnicy, była szeroka. Znajdowały się tam różnobarwne stragany, piękne pomniki i staromodne latarnie. Przewijało się tamtędy mnóstwo ludzi każdego dnia. Natomiast w najstarszej dzielnicy, był potężny pałac, górujący nad resztą miasta, w której najwyższy budynek miał zaledwie cztery piętra. Wzieśli go pierwsi ludzie, którzy przybyli tu z Naru i swe dzieło nazwali Pyrrą, od tej nazwy imię wziął nasz świat. Zamierzaliśmy wejść do zamczyska od tyłu, tam gdzie była rozległa polana, na której opalałyśmy się z Sarą podczas każdych wakacji spędzanych na Pyrrze. Tęskniłam za tymi czasami i miałam wielką ochotę by znów rozłożyć się na tej miękkiej, zielonej trawie i plotkować w ciepłych promieniach słońca. Tamte chwile jednak nie wrócą szybko. W końcu dowlekliśmy się do tylnej bramy zamku. W obliczu wojny nawet tutaj stał uzbrojony strażnik. Miał na imię Alec i był zaledwie dwa lata starszy od nas, ale według Pyrryjskiego prawa był dorosły, bo przestał się już starzeć. Znaliśmy się dobrze, bo w dzieciństwie Scott i Ian zawsze grali z nim w jednej drużynie podczas różnorakich zabaw. Był zupełnie zdezorientowany na nasz widok. Witaliśmy na naszym rodzinnym świecie jedynie w wakacje, do których został jeszcze tydzień.
- Nora? Co wy tutaj robicie? - powiedział zdziwiony. Właśnie miałam mu odpowiedzieć, kiedy w głębi pałacu pojawiła się inna postać idąca szybko w naszym kierunku.
- Eleanor, gdzie Snowie, dlaczego jesteście tutaj? I co stało się Sarze? - zapytała, choć nie wyglądała na szczególnie przejętą.
- Ja też się cieszę że cię widzę mamo - odburknęłam.

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 1

1.

Goście

N iczego nie widziałam i to mnie okropnie irytowało. Lubię mieć wszystko pod kontrolą, a jak mam mieć skoro ta idiotyczna przepaska zasłaniała mi oczy? No ale oni się uparli. Pocieszał mnie jedynie fakt, że mój brat bliżniak Scott musi wyglądać równie absurdalnie. To podnosiło mnie na duchu. Dziś dwunasty czerwca, nasze urodziny.
Siedzieliśmy całą czwórką na tylnych siedzeniach dużego terenowego samochodu Snowie, ale było tam potwornie ciasno. Między słowami, Snowie jest moją babcią, ale jak wszyscy mieszkańcy Pyrry przestała się starzeć. Miała wtedy i ma do teraz siedemnaście lat. Mówimy do niej po imieniu. W końcu głupio mówić do kogoś starszego o zaledwie dwa lata „babcia”. Jechaliśmy po urodzinowy prezent niespodziankę dla naszej dwójki i szczerze mówiąc nie byłam tym faktem szczególnie usatysfakcjonowana. Nigdy nie lubiłam niespodzianek, a Sara i Ian, którzy wpadli na ten pomysł dobrze o tym wiedzą. Wsiadając więc do samochodu byłam trochę zła, ale po tym jak przez pół godziny jeździliśmy w kółko, żebym się nie domyśliła gdzie jedziemy, byłam już naprawdę aściekła. No na głowę można dostać. Od początku mi się to nie podobało, ale Sara tak nalegała, a jako że ja nie potrafię jej odmawiać, nie mając wyboru zgodziłam się. Teraz żałuję. I nie, Sara nie jest moją kochaną pięcioletnią siostrzyczką. Jest tylko o rok ode mnie młodsza i nie jesteśmy nawet spokrewnione. Mimo tego kocham ją jak własną siostrę. Ona i jej brat Ian mieszkają z nami, na Ziemi wraz ze Snowie, która przeniosła się tu kiedy odstąpiła tronu Pyrry swojej córce, mojej matce. Oboje są sierotami, nie mają żadnych krewnych. Kiedy byli jeszcze bardzo mali, ich rodzice zginęli. Nigdy żadne z nas nie dowiedziało się, w jaki sposób. Wmawiano nam, że był to wypadek samochodowy, ale ja w to nie wierzę. Moja mama, była bliską przyjaciółką zmarłych. Zaopiekowała się rodzeństwem. Niestety na krótko, później cała nasza czwórka trafiła na Ziemię, do Snowie. To było jedenaście lat temu, kiedy ja, Ian i Scott mieliśmy tylko po cztery latka.
Jechaliśmy bardzo długo, o wielę za długo, ale znałam miasto wystarczająco dobrze, by chociaż domyśleć się gdzie jesteśmy. Całe szczęście, że auto posiadało klimatyzacje, bo tegoroczny czerwiec był wyjątkowo upalny, a ściśnięci, przyklejeni jeden do drugiego, z pewnością nie dotrwalibyśmy końca podróży. Po rzeczonej półgodzinnej jeździe, usłyszałam dyskretny klekot drobnych żwirowych kamyczków pod kołami i samochód zaparkował. Pociągnęłam za schłodzoną klamkę, popchnęłam z impetem drzwi i jak poparzona wyskoczyłam z auta. W tej samej chwili uznałam, że lepiej byłoby jeździć w kółko przez kolejne pół godziny. Na zewnątrz panował niemiłosierny skwar. W samochodzie dzięki klimatyzacji było chłodno, a powietrze mimo swego zapachu plastiku zdawało się być świeże i rześkie. Czyli zupełnie odwrotnie niż tutaj. Duszno, wilgotno, parno no i oczywiście gorąco. Dokąd oni mnie wywieźli? Na Saharę? W ogrodzie naszego domu było o wiele przyjemniej, choć to może dlatego że mieszkamy poniekąd w lesie, nad brzegiem jeziora z którego zawiewał chłodny wiaterek. Wzdrygnęłam się, kiedy poczułam na swoim karku lodowatą dłoń Iana
- Jesteśmy!- powiedział, wyraźnie zafascynowany tym faktem, jakby wogóle nie czuł tego upału.
- Nie mów- odparłam z niechęcią- myślałam, że zatrzymaliśmy się żeby przesiąść się na samolot. Wiec mogę już zdjąć tę idiotyczna przepaskę z oczu?
Nie czekałam jednak na odpowiedz i rozwiązałam materiałowy supełek z tyłu głowy wyrywając sobie przy tym kilka włosów. Kiedy oczy przyzwyczaiły się już do światła, pierwszą rzeczą jaką zauważyły był Scott, który swoją opaskę musiał zdjąć już w samochodzie, bo ani on, ani stojąca obok niego Sara nie mieli jej w ręku. Miałam ochotę krzyknąć, że to nie fair, ale powstrzymałam się zachowując tę uwagę dla siebie. Pewnie znowu uznaliby, że jestem przewrażliwiona. Przewróciłam oczami i rozejrzałam się po okolicy. Staliśmy na parkingu dużego, ale niskiego budynku. Miał kilka okien, a w każdym z nich były długie białe żaluzje, jak u lekarza, w kilku stały też piękne zadbane roślinki. Obiekt musiał być nowy, lub przynajmniej dopiero co po remoncie, gdyż odznaczał się nowoczesnością. Miał duże szklane drzwi, a wzdłuż całej budowli namalowany był pasek w kolorze czerwonym. Okrągłe okna miały ładne oprawy z naturalnego drewna. Na dachu ustawiona była metalowa tablica z napisem „HODOWLA PSÓW RAS PIERWOTNYCH”. Chcieli mi- to znaczy nam- kupić psa, poważnie? Od piętnastu lat nie mogłam się o to doprosić, a oni decydują się na niego w takim momencie? Błagam.
-Chodź Nora- powiedziała Sara radośnie i pociągnęła mnie w stronę drzwi.
-Mam nadzieję, że w środku jest chłodniej.
Kiedy podeszłyśmy do szklanych drzwi na tyle blisko, by zobaczyć w nich nasze dość wyraźne odbicia, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Dlaczego tyle ludzi myliło nas z rodzeństwem? Z wyglądu w ogóle nie jesteśmy do siebie podobne. Sara ma mleczno czekoladowe falowane włosy, oczy tego samego koloru i ciemną karnację. Moje włosy są niemal białe, mam jasną porcelanową cerę i zielone oczy. Do tego siostra Iana jest ode mnie o głowę niższa. I mimo że jest o rok młodsza, a ja raczej do niskich nie należę, to ona gubi się nawet w tłumie swoich rówieśników. Naprawdę nie wiem skąd ten pomysł o rodzeństwie. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi. Przyjemne zimne powietrze buchnęło z wewnątrz. Tak, tego mi właśnie brakowało. Przytrzymałam drzwi wpuszczając chłopców i Snowie. Sara radosnym krokiem podeszła do lady, która kojarzyła mi się z rejestracją u mojego dentysty, nie lubię mojego dentysty. Była biała, więc dobrze komponowała się ze ścianami koloru kawy z mlekiem. Poustawiane na niej zdjęcia w eleganckich ramkach przedstawiały psy różnych ras, przyozdobione kolorowymi medalami i pucharami. To zapewne wychowankowie hodowli.
- Pokój numer szesnaście- oznajmiła miłym głosem przysadzista czarnoskóra kobieta, spoglądając na Iana, a ten kiwnął głową, uśmiechnął się i ruszył przed siebie.
- Szesnaście, szesnaście- mruczał pod nosem, jakby przez tych kilka sekund numerek miał mu zupełnie wylecieć z głowy. Sara znów złapała mnie za rękę i pociągnęła przez korytarz z siłą, o jaką bym jej nie podejrzewała. Kiedy w końcu zatrzymaliśmy się pod białymi drzwiami z numerkiem szesnaście, uznałam że jeszcze kilka metrów a dziewczyna wyrwałaby mi rękę.
- To tutaj, wszystkiego najlepszego!- powiedziała radośnie i zarzuciła mi ręce na szyję niemal mnie dusząc. Była stanowczo zbyt silna jak na tak drobną budowę. Spojrzałam jeszcze na mojego brata i posłałam mu znaczący uśmiech „nigdy więcej”. Zrozumiał. Odwzajemnił uśmiechem w stylu „zawsze mogło być gorzej”. Wtedy Sara pociągnęła za klamkę. W idealnie białym pomieszczeniu na wysokim metalowym stoliku, takim jakie można znaleźć w każdej przychodni weterynaryjnej, stał piękny lecz nieduży biało szary pies rasy husky, łudząco przypominający wilka. Na jego szyi zawieszona była zielona kokardka, zrobiona z bibuły.
W drodze do domu nowa członkini naszej rodziny dostała wybrane wspólnie imię Seele, czyli dusza. Powrót zajął nam zaledwie dziesięć minut. Tak jak mi się wcześniej wydawało, na osłoniętym drzewami podjeździe naszego domu było dużo chłodniej niż przy budynku hodowli. Snowie wysadziła nas pod drzwiami, a sama odjechała, nie mówiąc nam gdzie, ani na jak długo, co oznaczało, że mamy kilka godzin tylko dla siebie. Mnie to odpowiadało. Jeszcze tylko chwilę słyszeliśmy odgłos wilgotnej ściółki przyklejającej się do opon, a potem dźwięk ten zagłuszony został przez odgłosy lasu i wesołe trele ptaków. Ruszyłam w stronę domu i otworzyłam drzwi. Przytrzymałam je żeby Scott trzymający Seele na smyczy mógł swobodnie wejść, więc oczywiście wszyscy skorzystali z tej okazji, weszłam do domu ostatnia. Odłożyłam klucze na niskim stoliku stojącym w przedpokoju, zaraz przy drzwiach. Hol był wąski, ale dosyć długi, całkowicie biały, ale jedna ze ścian, ta po prawej stronie była całkowicie zrobiona ze szkła i ciągnęła się przez całą długość domu. Piękny widok na zachodzące słońce chowające się w tafli jeziora, widoczny był również z ogromnego, połączonego z kuchnią i jadalnią salonu. Wszystko było tu białe, nowoczesne, z detalami i ozdobami koloru fioletowego. Tylko podłoga i blat kuchenny były czarne. Bezgłośnie podzieliliśmy się obowiązkami. Tyle lat wspólnego życia nauczyło nas idealnej współpracy i porozumiewania się bez słów. Ja z Sarą przygotowałyśmy przekąski i napoje oraz nakarmiłyśmy Seele nabytą wcześniej karmą, a chłopcy włączyli telewizor i załączyli wybrane przez nas już rano filmy.
- Nora, pozwoliłaś Sarze samej zrobić popcorn?- zapytał ze śmiechem Ian- Odważna jesteś, ja bym aż tak nie ryzykował.- po tych słowach Sara rzuciła w niego poduszką, udając zagniewaną, ale sama również się śmiała. Wpuszczenie jej do kuchni było oznaką głupoty lub determinacji. Zupełnie sobie z gotowaniem nie radziła. I jeszcze jedno, tak naprawdę mam na imię Eleanor, nie Nora. Jednak wszyscy zwracają się do mnie właśnie tak, lub ewentualnie Lenor. Moje prawdziwe imię jest ładne, ale zbyt długie i oficjalne. Puściliśmy film. Była to naprawdę ciekawa komedia z moim ulubionym aktorem. Leżałam wygodnie oparta plecami o Iana, z miską popcornu na kolanach. Była właśnie bardzo zabawna scena i wszyscy śmialiśmy się zagłuszając dalsze słowa występujących w filmie ludzi. Mimo hałasu jaki wywołaliśmy, wydawało mi się ze słyszę jakieś inne dźwięki. Dochodziły one nie z telewizora, ani z znikąd w domu. Wydawało mi się że pochodzą z zewnątrz. Machinalnie odwróciłam głowę w stronę oszklonej ściany, ale poza standardowym widokiem jeziora, lasu i plaży, nie zobaczyłam nic podejrzanego. Musiało mi się tylko zdawać Usadowiłam się więc głębiej na swoim miejscu i wróciłam do oglądania filmu. Po kilku minutach usłyszałam ten sam cichy, lecz już nieco donośniejszy dźwięk. Jednak tym razem byłam całkowicie pewna że to nie było jedynie złudzenie, gdyż śpiąca dotąd spokojnie na kanapie Seele, podniosła głowę prosto na szybę i strzygła nerwowo uszami w kierunku źródła dźwięku. Do tego byłam pewna, że znam ten dźwięk słyszałam go już wielokrotnie, tylko w nieco innej formie. Ciche lecz zdecydowane kliknięcie, jakby ktoś przekręcał klucz w drzwiach. Ten bardziej znany mi odgłos miał jeszcze w sobie dźwięk podobny do sypiących się iskierek. „Myśl Lenor” skarciłam się w myślach. „Znasz ten dźwięk, słyszysz go codziennie”. Moi przyjaciele nadal spokojnie oglądali film, śmiejąc się co chwilę, żadne nie usłyszało lub przynajmniej nie przejęło się tym. Tylko ja i suczka słyszałyśmy. Potem usłyszałam jeszcze jedno ciche „klip” wtedy uświadomiłam sobie skąd znam ten dźwięk. Krew zmroziła mi się w żyłach, czułam jak nagle bladnę. Czułam jakby ktoś spuścił ze mnie całe powietrze. Wstałam z kanapy jak poparzona, nie zważając na protesty trójki wyłączyłam telewizor i podbiegłam do okna. Znowu ten odgłos. Tym razem jednak niezagłuszany odgłosami filmu i śmiechem, dał się usłyszeć wszystkim. Pomału i ostrożnie do szyby dotarli także pozostali. Mieli wystraszone, skupione spojrzenia. Scott kręcił głową nie dowierzając, Ian mocniej zacisnął zęby. Wtem z lasu wyszło czterech potężnie zbudowanych młodych mężczyzn. Za nimi stał ogromny, większy nawet od nich, czarny lew. Patrzyli prosto na nas, ale byłam pewna że nie widzą nic, poza własnym odbiciem w szybie, gdyż była ona przyciemniana. Na ich twarzach malował się sarkastyczny uśmieszek szaleńca. Serce zabiło mocniej, pompując krew z podwójną siłą i szybkością. Adrenalina uderzyła do głowy, czas znacznie zwolnił. Nieznajomi ruszyli prosto w stronę domu. Byłam pewna, że nie przyszli tu zrobić ogniska nad jeziorem.
Zanim zdążyłam zareagować, ktoś szarpnął mnie za rękę i pociągnął przez cały salon w stronę schodów na półpiętro.

Obserwatorzy