2.
Uciekinierzy
Gdyby nie to, że Ian pociągnął mnie za sobą w kierunku schodów, z pewnością nadal stałabym przy tamtym oknie, nie mogąc uwierzyć jak oni znaleźli nas na Ziemi. Na szczęście chłopcy zachowali trochę zimnej krwi i dzięki temu żyjemy. Pędem dotarliśmy do schodów, po drugiej stronie pomieszczenia i wdrapaliśmy się na półpiętro przeskakując po kilka schodków naraz. Na tym poziomie znajdowały się nasze sypialnie i łazienka, wyżej- biblioteka, biuro i obszerny taras na dachu, ale nie było tam żadnego wyjścia ewakuacyjnego. Budowniczowie tego domu uznali że jest on tak bezpieczny iż nie potrzebuje dodatkowych jeszcze zabezpieczeń. A teraz okazał się swego rodzaju Titanikiem. Byliśmy w połowie drogi przez hol, kiedy Scott zatrzymał się tak nagle, że omal na niego nie wpadłam.
- Co ty do jasnej... - zaczęłam, ale brat uciszył mnie gestem. Zastygł w bezruchu i nadsłuchiwał. Położył rękę na klamce drzwi do pokoju Iana i nacisnął ją dokładnie wtedy, kiedy otworzyły się drzwi frontowe piętro niżej. Zagonił nas wszystkich do środka, ale sam nie wszedł z nami. Zamknął cicho drzwi, zostawiając nas samych. Chciałam iść za nim i spytać, co mu znowu strzeliło do głowy, Ian zapewnił mnie, że nic mu nie będzie i że zaraz wróci. Czułam się jak bohaterka powieści kryminalnej, a może nawet horroru. Staliśmy przez chwilę w ciemnym pokoju, nikt nie odważył się zapalić światła. Zastanawiałam się gdzie moglibyśmy się schować, ale dobrze wiedziałam, że oni i tak by nas znaleźli i że jedynym sensownym wyjściem jest ucieczka, ale jak uciec ze znajdującego się na wysokości trzeciego piętra pokoju? Wiedziałam jak
- Okno - powiedziałam, a moi przyjaciele od razu spojrzeli w jego kierunku. Podbiegłam do niego i szybkim ruchem otworzyłam. Chłodne, nocne powietrze uderzyło mnie w twarz. To było bardzo przyjemne uczucie, ale nie mogłam się nim delektować. Chwyciłam Iana za rękę i wyszłam na parapet po drugiej stronie. Normalnie nie porwałabym się na skok z tej wysokości, ale dwa metry ode mnie, znajdowały się grube gałęzie rozłożystego, starego klonu. Wystarczyło tyko porządnie się odbić i złapać ich, a później zejść po nich na dół. Wzięłam głęboki oddech i w tamtej chwili zapomniałam o całym świecie. Nawet o moim bracie, który polazł Bóg wie gdzie i mógł być już nawet martwy. Zamknęłam oczy, co nie było zbyt mądrym posunięciem i skoczyłam. Z zaskoczeniem stwierdziłam że trzymam się grubej, mocnej gałęzi, a kolejną mam tuż pod stopami. Nigdy nie byłam dobra we wspinaniu się po drzewach, za to Sarę i Scotta można było nazwać dziećmi lasu. Zaczęłam pomału schodzić w dół, kiedy nagle drzewo zakołysało się, gdy skoczył na nie Ian. Pomógł mi zejść z ostatniego konaru na ziemię i wtedy oboje zauważyliśmy że coś jest nie tak. Uniosłam głowę i z przerażeniem stwierdziłam że Sara nadal stoi w oknie, cała blada ze strachu, a mojego brata nadal nie ma. Chwilę zajęło mi zorientowanie się w sytuacji, po czym przypomniałam sobie że mimo iż dziewczyna chodzi po drzewach jak Tarzan, to panicznie boi się wysokości. Wiedziałam, że nie da rady skoczyć na klon. Zawołałam, próbując ją przekonać, ale nic to nie dało. Mało brakło, a Ian wróciłby się po siostrę. A kiedy powietrze wypełniło się głośnym szczekaniem psa, zaczęłam drżeć o życie Scotta. Zupełnie nagle pojawił się on w oknie i razem z Sarą wyszedł na parapet po drugiej stronie pokoju. Rzucił mi jakiś przedmiot, zapakowany w długi, czarny futerał, a sam kazał dziewczynie wejść sobie na plecy i trzymać się mocno. Gdzieś głęboko czułam, że ten pomysł nie ma prawa się udać, ale mój rozum nie dopuszczał tej myśli do świadomości. Scott skoczył i oboje z Ianem wstrzymaliśmy oddechy w chwilę, która ciągnęła się godzinami. I rzeczywiście- chłopak chwycił się gałęzi, ale ciężar ich obojga nie pozwolił mu się utrzymać i pociągnął ich w dół. Pamiętam, że pisnęłam, choć może tylko mi się wydawało. Ciężko uderzyli o glebę. Podbiegłam do nich, w przelocie łapiąc futerał z nieznaną zawartością i pomogłam przyjaciółce wstać, podczas gdy mój brat podniósł się sam, cały brudny i poobijany, ale przynajmniej żywy. Kiedy Sara oparła ciężar ciała na prawej nodze, syknęła z bólu i upadła znowu. Dotknęłam delikatnie jej kostki
- Skręcona?- zapytałam
- Chyba tak - odparła, ale nie mieliśmy czasu na zajmowanie się tym. Chłopcy pomagali jej iść, a ja niosłam przedmiot, po który to właśnie Scott wcześniej się wrócił.
- Co to jest? - chciałam się dowiedzieć kiedy po kilkunastu minutach uciekania zatrzymaliśmy się w głębi lasu na odpoczynek.
- Otwórz, to się przekonasz - polecił zdyszany. Zrobiłam jak mówił i wewnątrz płóciennego futerału zobaczyłam lśniący łuk i strzały należące do Sary. Wtedy wybaczyłam temu mojemu głupiemu bratu jego zniknięcie. Mimo że ani ja, ani Scott czy też Ian nie potrafiliśmy się obsługiwać tą bronią, to jej właścicielka opanowała tę sztukę do perfekcji, polując na leśną zwierzynę przy każdej okazji. Poza tym była to jedyna broń w naszym domu, nie licząc noży kuchennych, które raczej kiepsko by się sprawowały. Uścisnęłam chłopaka i w tej chwili radości wszyscy straciliśmy poczucie, iż ktoś może nas tutaj zauważyć. Do porządku doprowadziło nas wycie wilka, tak donośne, że czułam jak wszystkie kości w moim ciele drżą. Popatrzeliśmy po sobie porozumiewawczo. W tutejszych lasach nie żyły wilki. Szybko ruszyliśmy dalej.
W krótkim czasie dotarliśmy do miejsca, które było naszą ostatnią deską ratunku. Na środku maleńkiej polanki leżał samotny głaz-portal, jeden z wielu na Ziemi. Podbiegłam do niego, próbując odsunąć, ale on był względem mnie niewzruszony.
- Ian, pomóż mi z tym! - zawołałam - To waży chyba z tonę.
Z jego pomocą udało mi się odsunąć kamień na tyle, byśmy mogli wejść do dziury, która choć wyglądała jak zwyczajna królicza nora, była naszym biletem powrotnym do domu, na Pyrrę. Pierwszy wszedł Scott, by po drugiej stronie zaczekać na Sarę, której pomogliśmy się wgramolić do portalu zaraz za nim. Kiedy oni byli już bezpieczni i przyszła kolej na mnie, rozległo się kolejne wycie, tym razem znacznie bliżej i zauważyłam dwa żółte ślepia po drugiej stronie polany. Ian kazał mi szybko wejść do nory. Byłam tak przerażona, że nie panowałam już nad sobą i wślizgując się do środka, uderzyłam potylicą o głaz i straciłam przytomność, zostawiając Iana samego z wilkiem.
Stałam sama w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. To nie Pyrra - pomyślałam. Nie znałam tego miejsca nawet ze zdjęć, czy opisów, a sądziłam że nic nie jest mnie już w stanie zaskoczyć. Znajdowałam się na szczycie nagiego wzniesienia. Wiał chłodny wiatr, który bawił się moimi włosami, a na ziemi zalegała gruba warstwa śniegu. Spojrzałam na siebie i ku mojemu zdziwieniu byłam odpowiednio ubrana, a przecież jeszcze chwilę temu miałam na sobie tylko krótkie szorty i podkoszulkę. Odwróciłam się, by zobaczyć resztę tego dziwnego krajobrazu i okazało się że moje wzgórze nie jest jedynym w okolicy. Tworzyły one naturalny krater, dolinę o łagodnych zboczach. Jednak mnie bardziej zainteresowało to, co znajdowało się w jej centrum. Wysoki, spowity w mgłę czarny pałac, o wieżach strzelistych jak w katedrze Sagrada Familia w Barcelonie. Byłam jednak pewna, że to nie Hiszpania. Zaciekawiona ruszyłam w stronę budowli. Śnieg skrzypiał mi pod nogami, a mróz kłuł w policzki. Do tego byłam nieco wystraszona, choć miejsce wyglądało na opuszczone od dawna i nie widziałam tu jeszcze żywej duszy, nawet roślin czy zwierząt. Ale może właśnie ta pustka przerażała mnie najbardziej? Z każdym kolejnym krokiem, miałam coraz większą ochotę wycofać się i uciec stąd jak najdalej. Im bliżej byłam celu, tym wszechobecna mgła zagęszczała się. Nagle poczułam coś dziwnego. Może wiatr zmienił kierunek, a może tylko moja wyobraźnia płatała mi figle, ale wyczułam czyjąś obecność, na tym wyludnionym pustkowiu. Mimowolnie odwróciłam się w stronę szczytu wzgórza i zastygłam w przerażeniu. Dokładnie w miejscu, w którym znajdowałam się kiedy tutaj trafiłam, stała teraz zakapturzona postać na koniu. Nie widziałam twarzy jeźdźca, ponieważ zachodzące słońce rzucało na niego cień, ale była to drobna postać, wyglądająca dość niepoważnie na potężnym i wysokim wierzchowcu. Człowiek ten nie wyglądał na groźnego, myślę że nie miał nawet ze sobą broni. Jedynym co posiadał, była trzymana w dłoni postrzępiona chorągiew z drzewcem przebitym strzałą. Może wracał właśnie z jakiejś bitwy? Postanowiłam podejść i go o to zapytać, ale kiedy tylko zrobiłam krok w jego kierunku, koń zarżał donośnie, stanął dęba i skoczył znikając po drugiej stronie wzniesienia. Przyspieszyłam kroku, mając nadzieję zobaczyć, dokąd udała się ta dziwna para, ale nigdzie nie było ich widać. Nie było nawet śladów na śniegu, które przekonałyby mnie że nie były to tylko omamy. Jeszcze raz rozejrzałam się po okolicy, ale zakapturzona postać nie pojawiła się. Zobaczyłam jednak leżącą na śniegu wysłużoną flagę. Podniosłam ją, a ona w tej samej chwili zapłonęła fioletowym ogniem. Odrzuciłam ją zdezorientowana i cofnęłam się o krok, patrząc jak jedyny dowód na istnienie jeźdźca ginie w kolorowym płomieniu. Kiedy chorągiew spłonęła całkowicie, ku mojej całkowitej dezorientacji, śnieg pozostał w stanie nienaruszonym. Choć właściwie, to nadal płonął tym samym absurdalnym fioletowym płomieniem, który strawił sztandar, a płomyki układały się w dwa słowa: "Już czas".
Obudziłam się nagle, cała zgrzana. Mój oddech przyspieszył, a serce tłukło się w mojej piersi pragnąc się stamtąd wyrwać. To był tylko sen Nora, uspokuj się - myślałam. Kiedy w końcu moje funkcje życiowe wróciły do normy, rozejrzałam się, by upewnić się że nie jestem już w śnieżnej dolinie we wzgórzach. Nie byłam. Poranne promienie słońca muskały moją twarz, a ptaki wesoło pokrzykiwały nademną. Byłam pewna, że tym razem na prawdę znajdowałam się na mojej Pyrrze, niedaleko portalu, w największej puszczy na zachodnim kontynencie, rozciągającej się od klifów na południowym wybrzeżu i kończącej się tuż przed samą stolicą w centralnej części kraju. Na naszym świecie były aż dwa portale prowadzące na Ziemię, na "naszym", zachodnim kontynencie, oraz na należącym do wrogów wschodzie. Reszta znajdowała się na ścianie, długim urwisku na północ od stolicy. Szybko odkryłam że bardzo boli mnie tył głowy. Przeklęty kamień. Że też musiałam się w niego uderzyć i stracić przytomność. Szybko rozejrzałam się wokoło po twarzach moich przyjaciół. Z ulgą uznałam że wszyscy - nawet Ian, są cali i zdrowi. Muszę jednak przyznać się, że to nie nim się wtedy interesowałam, ale jego siostrą, leżącą tuż obok mnie. Miała na kostce prowizoryczny bandaż z fragmentu czyichś spodni, a mój brat okrył ją swoją bluzą. Pomyślałam o moim śnie, o fioletowym płomieniu buchającym z przebitej strzałą flagi. Cała ta sprawa bardzo mnie niepokoiła, po pierwsze dlatego, że łucznictwo było jej atrybutem, była mistrzynią w swoim fachu i naprawdę rzadko kiedy ktoś bywał lepszy od niej, a ona sama nigdy nie chybiała. Ale bardziej przejmowałam się ogniem. Dlaczego? Cóż, sprawa jest dość skomplikowana, bo kiedy moja przyjaciółka była jeszcze mała, ukazał się u niej niezwykły dar, objawiający się właśnie jako takie krwisto fioletowe płomyki. Podpaliła mały sadek w ogrodzie Snowie, a po drzewach nie pozostało ani śladu w czasie w którym nie mógł by dokonać tego zwyczajny ogień. Hmm, niby niewiele, ale najstarsi mieszkańcy Pyrry sądzą, że to naprawdę niezwykły talent i dziewczyna prawdopodobnie potrafi znacznie więcej. Ja wiem tylko tyle, że tę umiejętność posiadali mieszkańcy zniszczonego Naru, ale przecież niemożliwym było, by to miało z tym coś wspólnego, bo wszyscy mieszkańcy zginęli. Postanowiłam się tym nie zajmować. Sarze tylko ten jeden raz udało się wywołać fioletowy ogień, więc może to był tylko przypadek? Bardzo chciałam zapomnieć o moim śnie, chorągwi i płonącym w śniegu napisie, ale nie potrafiłam. Z rozmyśleń wyrwało mnie dopiero dzikie rżenie, walczących ogierów pegaza lub konia wodnego. Wystraszyłam się nieco, bo rozwścieczone ludożerne konie to ostatnie, z czym chciałam mieć do czynienia. Z wielkim trudem wyrwałam moich przyjaciół ze snu. Narzekali chwilę, że budzę ich tak wcześnie, ale kiedy usłyszeli wściekłe zwierzęta, sami szybko się pozbierali. Kiedy szliśmy, Sara wysłała mi porozumiewawcze spojrzenie.
- Chłopcy mieli z nami dużo zabawy - przyznała z uśmiechem - Ty odleciałaś przy samym portalu, a ja nie mogłam chodzić.
- Jak Ian wydostał nas z Ziemi? - chciałam wiedzieć.
- Wszedł zaraz po tobie do tej dziury.
- Tak po prostu? - nie dowierzałam - I nie złapali go?
- Nie, oni byli daleko, więc zdążył.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Może nie dowiedziałam się tego, czego chciałam, ale musiało mi to wystarczyć. Sara zawsze tłumaczyła wszystko szczątkowo, więc nie liczyłam na rozwinięcie tej historii.
Całą drogę do stolicy chłopcy nieśli Sarę na barana, ale i tak szliśmy znacznie wolniej niż zwykle, przez co zajęło nam to pół dnia. Kiedy w końcu dotarliśmy na wysokie i strome wzgórze, będące granicą miasta, słońce było już nisko, tuż przy linii horyzontu. Z tego miejsca zwanego Bramą Światów, roztaczał się niezwykły widok. Kanna Arletta Pyrra, obecnie najstarsze miasto pośród wszystkich światów i moim zdaniem najpiękniejsze. Podzielone na trzy okręgi - najmłodszy zewnętrzny w obrębie którego znajdowały się nowoczesne domki o niskiej zabudowie, nazywany był Kanną. Kolejny okrąg, Arletta, składał się z najwyżej kilkupiętrowych budynków, pokrytych drogim marmurem lub pięknym Ziemskim piaskowcem, oddzielonych od siebie jedynie wąskimi uliczkami, podobnymi do tych, które widziałam na pocztówkach z Grecji, które kiedyś przysłała nam nauczycielka z szkole na Ziemi. Tylko jedna aleja, biegnąca w poprzek tej dzielnicy, była szeroka. Znajdowały się tam różnobarwne stragany, piękne pomniki i staromodne latarnie. Przewijało się tamtędy mnóstwo ludzi każdego dnia. Natomiast w najstarszej dzielnicy, był potężny pałac, górujący nad resztą miasta, w której najwyższy budynek miał zaledwie cztery piętra. Wzieśli go pierwsi ludzie, którzy przybyli tu z Naru i swe dzieło nazwali Pyrrą, od tej nazwy imię wziął nasz świat. Zamierzaliśmy wejść do zamczyska od tyłu, tam gdzie była rozległa polana, na której opalałyśmy się z Sarą podczas każdych wakacji spędzanych na Pyrrze. Tęskniłam za tymi czasami i miałam wielką ochotę by znów rozłożyć się na tej miękkiej, zielonej trawie i plotkować w ciepłych promieniach słońca. Tamte chwile jednak nie wrócą szybko. W końcu dowlekliśmy się do tylnej bramy zamku. W obliczu wojny nawet tutaj stał uzbrojony strażnik. Miał na imię Alec i był zaledwie dwa lata starszy od nas, ale według Pyrryjskiego prawa był dorosły, bo przestał się już starzeć. Znaliśmy się dobrze, bo w dzieciństwie Scott i Ian zawsze grali z nim w jednej drużynie podczas różnorakich zabaw. Był zupełnie zdezorientowany na nasz widok. Witaliśmy na naszym rodzinnym świecie jedynie w wakacje, do których został jeszcze tydzień.
- Nora? Co wy tutaj robicie? - powiedział zdziwiony. Właśnie miałam mu odpowiedzieć, kiedy w głębi pałacu pojawiła się inna postać idąca szybko w naszym kierunku.
- Eleanor, gdzie Snowie, dlaczego jesteście tutaj? I co stało się Sarze? - zapytała, choć nie wyglądała na szczególnie przejętą.
- Ja też się cieszę że cię widzę mamo - odburknęłam.
Stałam sama w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. To nie Pyrra - pomyślałam. Nie znałam tego miejsca nawet ze zdjęć, czy opisów, a sądziłam że nic nie jest mnie już w stanie zaskoczyć. Znajdowałam się na szczycie nagiego wzniesienia. Wiał chłodny wiatr, który bawił się moimi włosami, a na ziemi zalegała gruba warstwa śniegu. Spojrzałam na siebie i ku mojemu zdziwieniu byłam odpowiednio ubrana, a przecież jeszcze chwilę temu miałam na sobie tylko krótkie szorty i podkoszulkę. Odwróciłam się, by zobaczyć resztę tego dziwnego krajobrazu i okazało się że moje wzgórze nie jest jedynym w okolicy. Tworzyły one naturalny krater, dolinę o łagodnych zboczach. Jednak mnie bardziej zainteresowało to, co znajdowało się w jej centrum. Wysoki, spowity w mgłę czarny pałac, o wieżach strzelistych jak w katedrze Sagrada Familia w Barcelonie. Byłam jednak pewna, że to nie Hiszpania. Zaciekawiona ruszyłam w stronę budowli. Śnieg skrzypiał mi pod nogami, a mróz kłuł w policzki. Do tego byłam nieco wystraszona, choć miejsce wyglądało na opuszczone od dawna i nie widziałam tu jeszcze żywej duszy, nawet roślin czy zwierząt. Ale może właśnie ta pustka przerażała mnie najbardziej? Z każdym kolejnym krokiem, miałam coraz większą ochotę wycofać się i uciec stąd jak najdalej. Im bliżej byłam celu, tym wszechobecna mgła zagęszczała się. Nagle poczułam coś dziwnego. Może wiatr zmienił kierunek, a może tylko moja wyobraźnia płatała mi figle, ale wyczułam czyjąś obecność, na tym wyludnionym pustkowiu. Mimowolnie odwróciłam się w stronę szczytu wzgórza i zastygłam w przerażeniu. Dokładnie w miejscu, w którym znajdowałam się kiedy tutaj trafiłam, stała teraz zakapturzona postać na koniu. Nie widziałam twarzy jeźdźca, ponieważ zachodzące słońce rzucało na niego cień, ale była to drobna postać, wyglądająca dość niepoważnie na potężnym i wysokim wierzchowcu. Człowiek ten nie wyglądał na groźnego, myślę że nie miał nawet ze sobą broni. Jedynym co posiadał, była trzymana w dłoni postrzępiona chorągiew z drzewcem przebitym strzałą. Może wracał właśnie z jakiejś bitwy? Postanowiłam podejść i go o to zapytać, ale kiedy tylko zrobiłam krok w jego kierunku, koń zarżał donośnie, stanął dęba i skoczył znikając po drugiej stronie wzniesienia. Przyspieszyłam kroku, mając nadzieję zobaczyć, dokąd udała się ta dziwna para, ale nigdzie nie było ich widać. Nie było nawet śladów na śniegu, które przekonałyby mnie że nie były to tylko omamy. Jeszcze raz rozejrzałam się po okolicy, ale zakapturzona postać nie pojawiła się. Zobaczyłam jednak leżącą na śniegu wysłużoną flagę. Podniosłam ją, a ona w tej samej chwili zapłonęła fioletowym ogniem. Odrzuciłam ją zdezorientowana i cofnęłam się o krok, patrząc jak jedyny dowód na istnienie jeźdźca ginie w kolorowym płomieniu. Kiedy chorągiew spłonęła całkowicie, ku mojej całkowitej dezorientacji, śnieg pozostał w stanie nienaruszonym. Choć właściwie, to nadal płonął tym samym absurdalnym fioletowym płomieniem, który strawił sztandar, a płomyki układały się w dwa słowa: "Już czas".
Obudziłam się nagle, cała zgrzana. Mój oddech przyspieszył, a serce tłukło się w mojej piersi pragnąc się stamtąd wyrwać. To był tylko sen Nora, uspokuj się - myślałam. Kiedy w końcu moje funkcje życiowe wróciły do normy, rozejrzałam się, by upewnić się że nie jestem już w śnieżnej dolinie we wzgórzach. Nie byłam. Poranne promienie słońca muskały moją twarz, a ptaki wesoło pokrzykiwały nademną. Byłam pewna, że tym razem na prawdę znajdowałam się na mojej Pyrrze, niedaleko portalu, w największej puszczy na zachodnim kontynencie, rozciągającej się od klifów na południowym wybrzeżu i kończącej się tuż przed samą stolicą w centralnej części kraju. Na naszym świecie były aż dwa portale prowadzące na Ziemię, na "naszym", zachodnim kontynencie, oraz na należącym do wrogów wschodzie. Reszta znajdowała się na ścianie, długim urwisku na północ od stolicy. Szybko odkryłam że bardzo boli mnie tył głowy. Przeklęty kamień. Że też musiałam się w niego uderzyć i stracić przytomność. Szybko rozejrzałam się wokoło po twarzach moich przyjaciół. Z ulgą uznałam że wszyscy - nawet Ian, są cali i zdrowi. Muszę jednak przyznać się, że to nie nim się wtedy interesowałam, ale jego siostrą, leżącą tuż obok mnie. Miała na kostce prowizoryczny bandaż z fragmentu czyichś spodni, a mój brat okrył ją swoją bluzą. Pomyślałam o moim śnie, o fioletowym płomieniu buchającym z przebitej strzałą flagi. Cała ta sprawa bardzo mnie niepokoiła, po pierwsze dlatego, że łucznictwo było jej atrybutem, była mistrzynią w swoim fachu i naprawdę rzadko kiedy ktoś bywał lepszy od niej, a ona sama nigdy nie chybiała. Ale bardziej przejmowałam się ogniem. Dlaczego? Cóż, sprawa jest dość skomplikowana, bo kiedy moja przyjaciółka była jeszcze mała, ukazał się u niej niezwykły dar, objawiający się właśnie jako takie krwisto fioletowe płomyki. Podpaliła mały sadek w ogrodzie Snowie, a po drzewach nie pozostało ani śladu w czasie w którym nie mógł by dokonać tego zwyczajny ogień. Hmm, niby niewiele, ale najstarsi mieszkańcy Pyrry sądzą, że to naprawdę niezwykły talent i dziewczyna prawdopodobnie potrafi znacznie więcej. Ja wiem tylko tyle, że tę umiejętność posiadali mieszkańcy zniszczonego Naru, ale przecież niemożliwym było, by to miało z tym coś wspólnego, bo wszyscy mieszkańcy zginęli. Postanowiłam się tym nie zajmować. Sarze tylko ten jeden raz udało się wywołać fioletowy ogień, więc może to był tylko przypadek? Bardzo chciałam zapomnieć o moim śnie, chorągwi i płonącym w śniegu napisie, ale nie potrafiłam. Z rozmyśleń wyrwało mnie dopiero dzikie rżenie, walczących ogierów pegaza lub konia wodnego. Wystraszyłam się nieco, bo rozwścieczone ludożerne konie to ostatnie, z czym chciałam mieć do czynienia. Z wielkim trudem wyrwałam moich przyjaciół ze snu. Narzekali chwilę, że budzę ich tak wcześnie, ale kiedy usłyszeli wściekłe zwierzęta, sami szybko się pozbierali. Kiedy szliśmy, Sara wysłała mi porozumiewawcze spojrzenie.
- Chłopcy mieli z nami dużo zabawy - przyznała z uśmiechem - Ty odleciałaś przy samym portalu, a ja nie mogłam chodzić.
- Jak Ian wydostał nas z Ziemi? - chciałam wiedzieć.
- Wszedł zaraz po tobie do tej dziury.
- Tak po prostu? - nie dowierzałam - I nie złapali go?
- Nie, oni byli daleko, więc zdążył.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Może nie dowiedziałam się tego, czego chciałam, ale musiało mi to wystarczyć. Sara zawsze tłumaczyła wszystko szczątkowo, więc nie liczyłam na rozwinięcie tej historii.
Całą drogę do stolicy chłopcy nieśli Sarę na barana, ale i tak szliśmy znacznie wolniej niż zwykle, przez co zajęło nam to pół dnia. Kiedy w końcu dotarliśmy na wysokie i strome wzgórze, będące granicą miasta, słońce było już nisko, tuż przy linii horyzontu. Z tego miejsca zwanego Bramą Światów, roztaczał się niezwykły widok. Kanna Arletta Pyrra, obecnie najstarsze miasto pośród wszystkich światów i moim zdaniem najpiękniejsze. Podzielone na trzy okręgi - najmłodszy zewnętrzny w obrębie którego znajdowały się nowoczesne domki o niskiej zabudowie, nazywany był Kanną. Kolejny okrąg, Arletta, składał się z najwyżej kilkupiętrowych budynków, pokrytych drogim marmurem lub pięknym Ziemskim piaskowcem, oddzielonych od siebie jedynie wąskimi uliczkami, podobnymi do tych, które widziałam na pocztówkach z Grecji, które kiedyś przysłała nam nauczycielka z szkole na Ziemi. Tylko jedna aleja, biegnąca w poprzek tej dzielnicy, była szeroka. Znajdowały się tam różnobarwne stragany, piękne pomniki i staromodne latarnie. Przewijało się tamtędy mnóstwo ludzi każdego dnia. Natomiast w najstarszej dzielnicy, był potężny pałac, górujący nad resztą miasta, w której najwyższy budynek miał zaledwie cztery piętra. Wzieśli go pierwsi ludzie, którzy przybyli tu z Naru i swe dzieło nazwali Pyrrą, od tej nazwy imię wziął nasz świat. Zamierzaliśmy wejść do zamczyska od tyłu, tam gdzie była rozległa polana, na której opalałyśmy się z Sarą podczas każdych wakacji spędzanych na Pyrrze. Tęskniłam za tymi czasami i miałam wielką ochotę by znów rozłożyć się na tej miękkiej, zielonej trawie i plotkować w ciepłych promieniach słońca. Tamte chwile jednak nie wrócą szybko. W końcu dowlekliśmy się do tylnej bramy zamku. W obliczu wojny nawet tutaj stał uzbrojony strażnik. Miał na imię Alec i był zaledwie dwa lata starszy od nas, ale według Pyrryjskiego prawa był dorosły, bo przestał się już starzeć. Znaliśmy się dobrze, bo w dzieciństwie Scott i Ian zawsze grali z nim w jednej drużynie podczas różnorakich zabaw. Był zupełnie zdezorientowany na nasz widok. Witaliśmy na naszym rodzinnym świecie jedynie w wakacje, do których został jeszcze tydzień.
- Nora? Co wy tutaj robicie? - powiedział zdziwiony. Właśnie miałam mu odpowiedzieć, kiedy w głębi pałacu pojawiła się inna postać idąca szybko w naszym kierunku.
- Eleanor, gdzie Snowie, dlaczego jesteście tutaj? I co stało się Sarze? - zapytała, choć nie wyglądała na szczególnie przejętą.
- Ja też się cieszę że cię widzę mamo - odburknęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz