sobota, 1 marca 2014

Rozdział 4

4. 
Niespodzianka


Rankiem obudziło mnie pukanie do drzwi. Moje oczy lepiły się do siebie, a ciało odmawiało wstania z miękkiego, ciepłego łóżka, ale ktoś, kto dobijał się do pokoju, najwidoczniej bardzo chciał wejść. Wygramoliłam się więc z pościeli i poczłapałam otworzyć. Za drzwiami stał uśmiechnięty od ucha do ucha Ian.
- Cieszysz się tak, bo jest piąta rano? - zapytałam z trudem utrzymując powieki w górze.
- Niekoniecznie - odparł, nadal się do mnie szczerząc. Patrzyłam przez chwilę w jego niesamowite, duże, mleczno brązowe oczy, po czym wpadło mi do głowy, że powinnam go zaprosić.
- Wejdź, siądź na łóżku i poczekaj, tylko się ubiorę - poleciłam, ale on podszedł do ściany, na której przyklejone były zdjęcia i oglądał je zamyślony.
- Tą lubię najbardziej - wskazał dość starą fotografię, na której cała roześmiana malowałam mu pędzlem nos. To było kiedy mieliśmy dziewięć lat, nie mam pojęcia dlaczego wybrał właśnie ten obrazek. Uśmiechnęłam się na znak, że mnie też się on podoba i ze stertą ubrań ruszyłam do łazienki. Kiedy wyszłam Ian siedział na łóżku, tak jak mu kazałam wcześniej. Wpatrywał się we mnie, co nieco mnie peszyło, ale postanowiłam tego po sobie nie okazywać, jak zawsze mnie uczono. Zachowanie kamiennej twarzy było dla królewskiej córki podstawą. Chłopak pomógł mi znieść mój podróżny plecak na dół, ponieważ stwierdził, że jest ciężki. Moim zdaniem wcale taki nie był, ale skoro chłopak chciał, to dlaczego miałabym mu odmawiać? Później poszliśmy razem na śniadanie. Dojście do jadalni zajmowało trochę czasu. Pałac był bowiem ogromny, pełen wąskich jak i obszernych korytarzy, wijących się niekiedy bardzo okrężnymi drogami. W końcu dowlekliśmy się na śniadanie. Ta komnata była stosunkowo mała w porównaniu do reszty zamczyska, choć i tak ogromna, bardzo wysoka i bogato zdobiona bardzo starymi, ręcznie zdobionymi meblami, przeróżnymi pięknymi gobelinami, liczącymi sobie kilkaset lat. Nad naszymi głowami wisiał potężny, kryształowy żyrandol a ściany ozdobiono marmurem i wyjątkowo cennym złotem z Herakrydy. Jednak nie była to główna jadalnia, tamta była kilkakrotnie większa i pełna przepychu, ale używano jej tylko na poważne uroczystości.
 Sara i Scott przyszli tam dopiero po kilkunastu minutach i oboje byli półprzytomni ze zmęczenia. Zastanawiałam się o której wrócili z lasu. Zgadywałam że najprędzej zaledwie kila godzin temu.
- Dobrze ci się spało? - zapytałam ją, a ona posłała mi nienawistne spojrzenie, które z resztą nie wyglądało zbyt groźnie, jako że ledwo mieszała łyżeczką w herbacie. Wybuchnęłam śmiechem, a Ian uśmiechnął się pod nosem, za co dostał solidnego kopniaka pod stołem od siostry.
Kiedy skończyliśmy jeść, przyszedł czas, by wyruszyć na misję. Wzięliśmy nasze bagaże i wyszliśmy przed zamek. Jeśli ktoś myśli, że jako przyszłej królowej będzie mi towarzyszył pożegnalny orszak, grubo się myli. Od strażnika stojącego przed główną bramą dostaliśmy fałszowane paszporty, trochę ziemskich pieniędzy i bilety lotnicze. Na Malcie był co prawda portal, na całej Ziemi były ich tysiące, ale wszystkie były zablokowane, ze względu na wojnę. Wszystkie poza tym, którym dostaliśmy się na Pyrrę. Każde z nas zabrało też broń. Nie miałam pojęcia, jak mielibyśmy dostać się z nią do samolotu, ale strażnik zapewnił nas, że to załatwione. Od tej chwili mieliśmy sobie radzić sami. Rzuciłam skąpanemu w porannym letnim słońcu pałacowi i udaliśmy się do portalu, a stamtąd prosto na dworzec kolejowy. Niestety, najbliższy pociąg do Wrocławia, skąd mieliśmy wylecieć, był dopiero za dwie godziny. Zmuszeni byliśmy czekać. Scott i Ian szybko znaleźli sobie zajęcie - rzucali do siebie małą, kauczukową  piłeczką tak, by ten drugi jej nie złapał. Wkrótce i ja z Sarą dołączyłyśmy do zabawy, dzięki której czas uciekał w mgnieniu oka, choć kiedy dobiegały nas godziny przedpołudniowe, a upał dawał się we znaki, zabawa sprawiała znacznie mniej przyjemności. W końcu, z kilkunastominutowym opóźnieniem na  stację wtoczył się leniwie ciężki, stary skład. Piszczał i stękał, jakby zmuszano go do pracy ponad siły, ale dał radę się zatrzymać. Weszliśmy do środka i zajęliśmy jeden z przedziałów, który był zupełnie pusty, a to bardzo nam odpowiadało. Czekała nas długa podróż, więc wszyscy usadowiliśmy się wygodnie, niewielkie bagaże, jakie zabraliśmy ze sobą, chłopcy włożyli na półkę nad naszymi głowami. Sara miała przed tym niejakie obawy, zresztą ja też choć nie powiedziałam tego głośno. Regał nie wyglądał bowiem zbyt solidnie, z resztą jak cały pociąg i sprawiała wrażenie jakby zaraz miała się zawalić. Postanowiliśmy jednak zaryzykować. Ja usiadłam tuż przy oknie, naprzeciwko przyjaciółki, która niemal natychmiast, kiedy tylko zajęła miejsce, pogrążyła się w czujnym jak zwykle śnie. Tymczasem nasi bracia zajęli się już sobą, a ja uchyliłam z wielkim trudem ciężkie okno napełniając nasz przedział świeżym choć gorącym powietrzem i  wyglądałam przez szybę na kilku kolejnych stacjach, aż w końcu sen i mnie zabrał w swe objęcia.
Kiedy ponownie otworzyłam oczy, z przerażeniem stwierdziłam że na zewnątrz pomarańczowa tarcza słoneczna niemal całkowicie schowała się za horyzont, malując niebo na wszystkie odcienie czerwieni. Na Wrocławskim dworcu powinniśmy być o 15, tymczasem mogło być nawet cztery godziny później. Czyżbyśmy przegapili naszą stację? Kiedy wyjrzałam za okno, zauważyłam że pociąg stoi w szczerym polu, najwidoczniej z dala od cywilizacji. Gdzieś w oddali biegła linia wysokiego napięcia, a tuż przy wagonach stała spora grupa ludzi, zarówno młodych jak i starszych, a także dzieci. Natomiast obok mnie nie było nikogo, moi przyjaciele zniknęli jak kamfora, dlatego postanowiłam wyjść na zewnątrz by sprawdzić, o co chodzi. Owinęłam się  szczelniej swetrem, który ktoś musiał na mnie zarzucić, gdyż doskonale pamiętam że usnęłam beż niego. Cieszyłam się jednak z ciepła, jakie dawał, bo wieczór był wietrzny choć temperatura nadal była wysoka. Wyszłam z pociągu, zostawiając nierozważnie wszystkie nasze bagaże samym sobie i ruszyłam przez tłum szukając jakąś znajomą twarz.
Każda osoba miała coś do powiedzenia, kiedy pytałam co się wydarzyło, ale mówili tak szybko i niezrozumiale, że nadal tkwiłam w niewiedzy. Przeciskałam się więc dalej między ludźmi, popychając ich nawet niekiedy. Może nie był to zbyt miły gest, ale chyba po prostu zbytnio przywykłam do tego, że inni zwyczajnie schodzą mi z drogi. W końcu w tłumie zauważyłam Iana wykłucającego się o coś z młodym, zdezorientowanym konduktorem w granatowym uniformie.
- Kiedy zostanie naprawiony? - zapytał chłopak natarczywie.
- Najwcześniej za kilka godzin, może nawet jutro rano, przecież już mówiłem - odparł mężczyzna błagalnym wręcz tonem. Najwidoczniej rosły nastolatek nie był pierwszym, który o to pytał, a on po prostu nie potrafił udzielić poprawnej odpowiedzi.
- Co się dzieje? - zagadałam zaciekawiona, kiedy tylko do niego podeszłam. Konduktor skorzystał z tej okazji i czmychnął do wagonu przed kolejnymi pytaniami i złością ludzi.
- Zepsuł się, pociąg nam się zepsuł, dasz wiarę? - syknął niezadowolony. Odsunęłam się od niego o krok, byłam bardzo zdziwiona, gdyż Ian nigdy nie podnosił głosu, a już szczególnie na mnie. - Przepraszam, jestem zdenerwowany, przecież możemy nie zdążyć na lotnisko! - wytłumaczył.
- A gdzie my właściwie jesteśmy? Bo to, że szybko się stąd nie wydostaniemy już wiem.
- Jakieś 20 kilometrów od Wrocławia - odpowiedział rozglądając się wokoło i wskazując kierunek, w którym najwidoczniej znajdowało się miasto.
- To dość daleko - tymi słowami właściwie skończyłam naszą rozmowę. Wpatrywałam się teraz w  niesamowite, mleczno-brązowe oczy Iana, tak podobne do oczu jego siostry. Czasami miałam wrażenie że potrafiły one czarować, bo zarówno Sara jak i chłopak potrafili zjednać w sobie każdego. Mnie jednak bardziej przekonywały czary Iana.
Bardzo często przyrównywano go do mojego brata, bo byli najlepszymi przyjaciółmi i zawsze razem pakowali się w tarapaty. Ale moim zdaniem znacznie się różnili. Scott wszystko obracał w żart, co często było denerwujące. Poza tym, uważał że wszystko mu wolno i jego wybryki nie przynoszą przykrych konsekwencji. A Ian nie. Potrafił przepraszać, był czuły i miły. Za to go lubiłam.
W tej chwili usłyszałam jak ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłam się w tamtym kierunku i spostrzegłam, że w naszym kierunku biegnie mój brat. O wilku mowa.
- Byłem na krótkim spacerku i nie zgadniecie co znalazłem - wydyszał zmęczony, jakby przebiegł cały maraton.
- Umieram z ciekawości - odparłam sarkastycznie, ale Scott udawał że nie słyszał.
- Za polami, jakąś godzinę drogi, jest chatka. Może właściciele mają samochód i podwiozą nas?
- I to jest według ciebie krótki spacerek? - wycedziłam - A nie pytałeś może czy nie mają Serca Pyrry na zbyciu?
Scott zrobił zagniewaną minę i pewnie wszcząłby ze mną kłótnię, gdyby nie Ian.
- Hej Nora, spokojnie. Może to nie jest zły pomysł. Tutaj z pewnością nie możemy liczyć na pomoc, więc chyba nie mamy nic do stracenia.
Nie lubiłam kiedy ktoś wmawiał mi, że nie mam racji, ale nie zamierzałam się wykłócać z Ianem. Dałam więc za wygraną.
- Gdzie jest Sara?- zapytałam zaniepokojona, kiedy zauważyłam, że tylko jej tu brakuje.
- W wagonie restauracyjnym rozdają kawę i herbatę, oraz kanapki za darmo, więc od razu tam poszła - wytłumaczył mi Ian. No tak, dziewczyna mimo swej drobnej postury,  jednak jadła za nas wszystkich i z pewnością nie mogła przegapić takiej okazji, bo byłby to w jej mniemaniu ciężki grzech. Poczłapaliśmy do naszego przedziału, by tam na nią zaczekać i powiedzieć o naszych planach wyruszenia w drogę. Zjawiła się po jakimś czasie, niosąc ciepły napój i kolację dla każdego z nas.
- Dobry pomysł - odparła z wypchanymi ustami, na wieść o wyprawie przez pola nocą. Tak właśnie zostałam definitywnie przegłosowana. Ruszyliśmy zaraz, kiedy zjedliśmy. Sara szła pierwsza, bo jako myśliwy miała wyjątkowo wyczulone zmysły wzroku i słuchu. W pogotowiu trzymała swój długi łuk, który do tej pory spoczywał w futerale na gitarę. Nie byłam jednak przekonana, czy w razie potrzeby dziewczyna byłaby w stanie strzelić z niego do człowieka, a przecież wszystko mogło się wydarzyć. Zaraz za nią Scott, później ja i na końcu Ian, jako najwyższy i najsilniejszy z nas. Wbrew pozorom mój brat wcale nie był mocno zbudowany, choć dość wysoki, ale nadrabiał za to zwinnością i daleko idącym sprytem.
- Daleko jeszcze? - spytała  go zniecierpliwiona dziewczyna, kiedy to weszliśmy na szczyt niewielkiego wzniesienia w dole którego stała samotnie stara chatka, z której wnętrza dobywało się żółte światło.
- Chyba niezbyt - odparłam i ruszyłam w dół.

- Kto puka? - Sara podeszła do drzwi jako pierwsza, ale zawahała się kiedy miał potrząsnąć za mosiężną kołatkę.
- Boisz się? - prowokował ją Scott, wykorzystując okazję by pokazać dziewczynie jej słabość. Obrzuciła go naburmuszonym spojrzeniem i uderzyła kołatką w drzwi.
- Może nikogo nie ma? - stwierdziłam, kiedy dłuższą chwilę nikt nie otwierał.
- Ale w kuchni świeci się światło - zauważył Ian i w tym momencie ciężkie, drewniane i lekko już spruchniałe drzwi chaty otworzyły się.
- No, jesteście w końcu! Już myślałam że nie przyjdziecie - uśmiechnęła się starsza kobieta, na nasz widok, gestem zapraszając do środka.

Brak komentarzy:

Obserwatorzy