5.
Wyłamana
- Och, nie chowaj go, jeszcze może się przydać - staruszka ostrzegła mojego brata. Nawet ja, mimo że siedziałam tuż obok niego, ledwie dostrzegłam nieznaczny ruch, kiedy Scott wkładał krótki nóż do specjalnej kieszeni swojego plecaka. A przecież kobieta stała dobre dwa metry od nas, a swoją uwagę skupiała wyłącznie na potrawce, bulgoczącej w garnku. Spojrzałam zdziwiona po towarzyszach i tylko wzruszyłam ramionami.
- Pewnie jesteście głodni, prawda? - zapytała. Sara ochoczo pokiwała głową. Średnio mnie to zdziwiło, ona nigdy nie przestawała być głodna. Mimo, że ja i chłopcy odmówiliśmy posiłku, po chwili przed nami pojawiły się trzy kubki gorącego rosołu. Chuchając na niego, by trochę ochłodzić parzący w język płyn, rozejrzałam się po chatce. Wewnątrz była nawet mniejsza, niż wydawała nam się ze szczytu wzgórza. Cały domek składał się z dwóch izb, salonu połączonego z kuchnią i jadalnią, oraz sypialni. Wszystko było bardzo skromnie urządzone - staromodna kuchenka kaflowa, drewniany stół, który niegdyś musiał być bardzo piękny, ale teraz odstraszał licznymi drzazgami i rysami, fotele z których wychodziły sprężyny i kilka obrazów, przedstawiających krajobrazy. Staruszka mieszkała tutaj zupełnie sama. Nie rozumiałam, dlaczego Scott nie miałby schować noża, byliśmy - jak mi się zdawało - zupełnie bezpieczni, odizolowani od reszty świata. Prawda, dziwnym był fakt, że kobieta znała nasze imiona i najwidoczniej się nas spodziewała, ale co mogła nam zrobić ta bezzębna, miła babunia?
- Jesteś Pyrryjką? - zapytałam, zanim zdałam sobie sprawę, że to oczywiste.
- Ja? - zaśmiała się - Kochana, schlebiasz mi, ale czy ja ci wyglądam na Pyrryjkę? Mam siwe włosy, zmarszczki, ledwo widzę i słyszę, a ty twierdzisz, że pochodzę z waszego świata, tak?
Uśmiechnęłam się. Racja, to było głupie, ale nie dawał mi spokoju fakt, że staruszka nas znała.
- Chyba szybko stąd nie wyjdziemy. Za chwilę rozpada się na dobre - zauważyła Sara. Podeszłam do małego, lichego okienka w salonie. Miała rację. Deszczyk, który wcześniej delikatnie stukał w lichą szybkę, nabrał teraz na sile.
- Czy moglibyśmy zostać tu jeszcze przez jakiś czas? - zapytałam poprawiając zabrudzoną zasłonę.
- Oczywiście - odparła staruszka - Jak długo tylko chcecie. Tutaj zawsze brak mi towarzystwa - dodała z uśmiechem i wróciła do gotowania. Musiała to naprawdę lubić, bo odkąd przybyliśmy do chatki, nie zajmowała się niczym innym.
Poleciła nam się rozgościć, ale Sara i chłopcy zostali przy jadalnianym stole. Ja, jako że stałam już w salonie, postanowiłam się rozejrzeć. Sama nie wiem czego szukałam, chyba jakichkolwiek informacji o tajemniczej starszej kobiecie. Podeszłam do zakurzonego regału na książki. Wszystkie były wyjątkowo stare i najwidoczniej od dawna nieużywane, bo podobnie jak póki na których stały, pokryte były grubą warstwą pyłu. Wzięłam do rąk jedną z nich, oprawioną w czarną skórę. Kiedy tylko ją otworzyłam, wypadła z niej fotografia. Schyliłam się, by ją podnieść i stanęłam jak wryta, bo na zdjęciu rozpoznałam swoich rodziców. Otworzyłam zaciekawiona książkę, która okazała się być albumem. Przejrzałam kilka pierwszych stron. Były to stare fotografie, niektóre przedstawiały nawet moją babcię, kiedy była młodsza ode mnie. Na jednym zdjęciu nieznana mi kobieta prowadziła dziecko za rączkę. Po chwili zorientowałam się, że berbeciem w różowej sukieneczce jestem ja, a ową kobietą była goszcząca nas teraz staruszka, tyle że kilkadziesiąt siwych włosów temu.
- Pani zna moją rodzinę - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, unosząc grubą księgę. Wszyscy zwrócili w zaciekawieniu oczy na mnie.
- Och, tak. Oczywiście że znam - westchnęła - Pamiętam was wszystkich, kiedy jeszcze byliście tacy malutcy - uniosła dwa palce dla podkreślenia swych słów.
- Ale przecież jest Pani Ziemianką, prawda? - zdziwił się Ian. To samo chodziło teraz i po mojej głowie. Mieszkańcy Ziemi nie mogli przecież korzystać z portali.
- Owszem, jestem. Raz na jakiś czas pojawiają się jednak tacy, którym dane jest odkryć sekret innych światów...
- Mówią o nich wyłamanymi - przerwał jej Scott - Myślałem że to fikcja. Że oni nie istnieją.
Staruszka uniosła brew.
- To jasne, że tak sądzisz. Ta informacja jest ściśle tajna. Pewnie dlatego tak wielu się o niej dowiedziało - wykrzywiła usta w bezzębnym uśmiechu.
- Kim są wyłamani? - zapytała Sara, która do tej pory siedziała cichutko w kącie stołu - I dlaczego to takie tajne?
- Wyłamanym jest czysto-krwisty Ziemianin, który jakimś sposobem odnalazł portal i przedostał się przez niego - wytłumaczyła kobieta - Nie wiadomo, czemu tak się dzieje, ale jest to niezwykle rzadkie zjawisko. Pyrra trzyma ich istnienie w tajemnicy, bo takie osoby potrafią odczytywać starożytne przepowiednie, trzymane w różnych częściach waszego świata. Są one napisane w zapomnianym przez wszystkich języku, który wyłamani potrafią jednak rozszyfrować.
- A ty jesteś tą, która odczytała najstarszy ze zwojów - domyśliłam się. Teraz przypominałam już sobie, jak wielokrotnie słyszałam, że tę jedną, najcenniejszą przepowiednię odczytali mieszkańcy Ziemi, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogło się to zdarzyć stosunkowo niedawno. Do tej pory oczywistym było, że było to jeszcze przed Wojną Światów.
- Ciekawa byłam, czy do tego dojdziesz, moja droga - uśmiechnęła się do mnie ciepło - W rzeczy samej. Dlatego też zesłano mnie tutaj, do tej małej chatki, w której mieszkam już od dziesięciu lat. Tu znacznie trudniej jest mnie znaleźć.
- Ale po co komuś jakaś stara przepowiednia? - zdziwił się Ian
- Bo to nie jest jakaś przepowiednia. Opisuje dzieje wszystkich światów od zniszczenia Naru i kończy się w czasach obecnych - powiedział Scott.
- I co w związku z tym?
- Mówi o naszej wojnie prawda? Ty wiesz, co się stanie kto ją wygra i dlatego musisz się ukrywać, prawda? - zapytałam w końcu.
- Nie przez to się ukrywam, ale masz rację, wiem co się stanie, ale wy raczej nie powinniście - ostrzegła. Otworzyłam usta. Cisnęło mi się na nie jedno pytanie, ale nie wiedziałam, jak je sformułować, bałam się też, że mogłabym się posunąć o krok za daleko. Na szczęście wyręczył mnie Scott.
- Ona nie mówi tylko o tej wojnie - stwierdził. Widząc że kobieta nie wie, o co mu chodzi dodał - przepowiednia. Ją kończą nasze losy.
Ziemianka popatrzyła po nas zmieszanym wzrokiem. Westchnęła głęboko.
- Nie wiem skąd to wiesz chłopcze, ale niestety tak.
Sara bawiła się kosmykiem swoich ciemnych, falowanych włosów.
- Niestety? - w jej głosie można było zauważyć drobne zawachanie.
- To nie jest najszczęśliwsza historia, jaką udało mi się usłyszeć dziecko - wyznała ze spuszczoną głową nasza gospodyni. Kiedy podniosła wzrok, krył się w nich ból i smutek - Szczególnie dla ciebie.
Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną. Mało powiedziane. Była przerażona. Jeszcze nikt nigdy nie powiedział, że tej drobnej, niewinnej istotce, może coś grozić. Wszyscy ją kochali, a w szczególności ja.
- To niedorzeczne! - krzyknęłam, może odrobinę zbyt głośno. Atmosfera w chatce zrobiła się tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
- Nora, uspokój się - ostrzegł Ian
- Najszlachetniejsza historia, wymaga niekiedy najcięższych ofiar - wyznała staruszka i podeszła do mojej przyjaciółki, gotowa wszcząć kłótnie z tą siedemdziesięciolatką, kiedy ta nagle zwróciła na mnie swój wzrok. Przez ułamek sekundy widziałam w nich szaleństwo, jakby miała z nich wyjść dzika bestia, po czym kobieta oparła się o drewniany blat kuchenny i złapała się za głowę z zatroskaną miną.
- Nie powinnam wam tego była mówić. To co usłyszycie zaraz, też jest tajemnicą, którą mam nadzieję zachowacie. W końcu i tak się o tym dowiecie - wzięła głęboki oddech, jakby przygotowywała się na potok słów - Chętnie pomogłabym wam znaleźć Serce Pyrry, ale jestem już za stara, a i nie mam pojęcia, gdzie ono jest. Nawet wyłamani, nie mają takiej wiedzy. Życzę wam szczęścia. Będzie wam potrzebne, bo nie macie wiele czasu. Arline nie będzie czekała tyle, ile jej matka. Wraz z ostatnim liściem, na Pyrryjskich drzewach, zaatakuje.
Ostatni liść. Przeszył mnie zimny dreszcz. Pory roku na moim świecie były inne, niż tutaj, na Ziemi. Lato i zima panowały następując bezpośrednio po sobie i trwały teorytycznie po sześć miesięcy. Teorytycznie, bo w rzeczywistości różnie to bywa. Są jednak dwa dni w roku, które można by nazwać wiosną i jesienią. W jednym dniu spadają wszystkie liście lub zielenią się wszystkie łąki. Najgorsze jest to, że nikt nie może przewidzieć kiedy dokładnie przyjdą pory przejściowe. Tylko tyle, że jesień wypada jakoś teraz.
Eleanor - zwróciła się do mnie, a pod wpływem skruszonego wzroku kobiecinki, wyłamanej, skazanej na wieczną samotność za swą wiedzę, stopniała we mnie cała złość - nie miej nikomu za złe tego, co się stanie i opiekuj się nimi, póki tylko możesz.
Po tych słowach dokładnie przypatrzyła się każdemu z nas.
- Zaraz wrócę - dodała niespodziewanie, pokuśtykała przez kuchnię i zniknęła za drzwiami maleńkiej sypialni.
- Nie sądzicie, że to dziwne? - spytał Scott. Ale nikt mu nie odpowiedział. Ja przypatrywałam się przyjaciółce. Na jej twarzy widziałam całą paletę emocji, od strachu, przez zdziwienie i ciekawość. Był to niecodzienny widok, bo zazwyczaj gościł na niej tylko uśmiech. Nagle jednak przybrała zupełnie inną postawę. Zesztywniała, powoli przewracała oczami po pokoju. Rzadko widywałam ją w takim stanie, ale wiedziałam, co on oznaczał. Lata spędzone w lesie na nasłuchiwaniu zwierzyny, dawały teraz o sobie znać. Sara musiała usłyszeć coś, co ją zaniepokoiło.
Wstała powoli z krzesła i ruszyła w stronę drzwi sypialni, w których przed chwilą zniknęła nasza gospodyni. Byłam pod wrażeniem tego, jak cicho i sprawnie się poruszała. Po drodze założyła strzałę ze złocistą brzechwą na cięciwę długiego łuku. Przełknęłam ślinę. Sara nie zachowałaby się tak bez powodu. Ruszyliśmy z wolna za nią, ale pod naszymi stopami spruchniałe deski skrzypiały i stękały. Ian otworzył ciężkie drzwi, a ja pierwsza przekroczyłam próg. Było ciemno, a przez otwarte okno zawiewało chłodne powietrze nocy. Serce biło mi jak oszalałe, miałam wrażenie, że obija się po pokoju echem. Nie było tutaj nikogo. Miałam właśnie zawołać staruszkę, kiedy coś świsnęło w powietrzu. W ramie drzwi, kilka centymetrów nad moją głową, drgał teraz ostry jak brzytwa nóż.
- Pewnie jesteście głodni, prawda? - zapytała. Sara ochoczo pokiwała głową. Średnio mnie to zdziwiło, ona nigdy nie przestawała być głodna. Mimo, że ja i chłopcy odmówiliśmy posiłku, po chwili przed nami pojawiły się trzy kubki gorącego rosołu. Chuchając na niego, by trochę ochłodzić parzący w język płyn, rozejrzałam się po chatce. Wewnątrz była nawet mniejsza, niż wydawała nam się ze szczytu wzgórza. Cały domek składał się z dwóch izb, salonu połączonego z kuchnią i jadalnią, oraz sypialni. Wszystko było bardzo skromnie urządzone - staromodna kuchenka kaflowa, drewniany stół, który niegdyś musiał być bardzo piękny, ale teraz odstraszał licznymi drzazgami i rysami, fotele z których wychodziły sprężyny i kilka obrazów, przedstawiających krajobrazy. Staruszka mieszkała tutaj zupełnie sama. Nie rozumiałam, dlaczego Scott nie miałby schować noża, byliśmy - jak mi się zdawało - zupełnie bezpieczni, odizolowani od reszty świata. Prawda, dziwnym był fakt, że kobieta znała nasze imiona i najwidoczniej się nas spodziewała, ale co mogła nam zrobić ta bezzębna, miła babunia?
- Jesteś Pyrryjką? - zapytałam, zanim zdałam sobie sprawę, że to oczywiste.
- Ja? - zaśmiała się - Kochana, schlebiasz mi, ale czy ja ci wyglądam na Pyrryjkę? Mam siwe włosy, zmarszczki, ledwo widzę i słyszę, a ty twierdzisz, że pochodzę z waszego świata, tak?
Uśmiechnęłam się. Racja, to było głupie, ale nie dawał mi spokoju fakt, że staruszka nas znała.
- Chyba szybko stąd nie wyjdziemy. Za chwilę rozpada się na dobre - zauważyła Sara. Podeszłam do małego, lichego okienka w salonie. Miała rację. Deszczyk, który wcześniej delikatnie stukał w lichą szybkę, nabrał teraz na sile.
- Czy moglibyśmy zostać tu jeszcze przez jakiś czas? - zapytałam poprawiając zabrudzoną zasłonę.
- Oczywiście - odparła staruszka - Jak długo tylko chcecie. Tutaj zawsze brak mi towarzystwa - dodała z uśmiechem i wróciła do gotowania. Musiała to naprawdę lubić, bo odkąd przybyliśmy do chatki, nie zajmowała się niczym innym.
Poleciła nam się rozgościć, ale Sara i chłopcy zostali przy jadalnianym stole. Ja, jako że stałam już w salonie, postanowiłam się rozejrzeć. Sama nie wiem czego szukałam, chyba jakichkolwiek informacji o tajemniczej starszej kobiecie. Podeszłam do zakurzonego regału na książki. Wszystkie były wyjątkowo stare i najwidoczniej od dawna nieużywane, bo podobnie jak póki na których stały, pokryte były grubą warstwą pyłu. Wzięłam do rąk jedną z nich, oprawioną w czarną skórę. Kiedy tylko ją otworzyłam, wypadła z niej fotografia. Schyliłam się, by ją podnieść i stanęłam jak wryta, bo na zdjęciu rozpoznałam swoich rodziców. Otworzyłam zaciekawiona książkę, która okazała się być albumem. Przejrzałam kilka pierwszych stron. Były to stare fotografie, niektóre przedstawiały nawet moją babcię, kiedy była młodsza ode mnie. Na jednym zdjęciu nieznana mi kobieta prowadziła dziecko za rączkę. Po chwili zorientowałam się, że berbeciem w różowej sukieneczce jestem ja, a ową kobietą była goszcząca nas teraz staruszka, tyle że kilkadziesiąt siwych włosów temu.
- Pani zna moją rodzinę - bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, unosząc grubą księgę. Wszyscy zwrócili w zaciekawieniu oczy na mnie.
- Och, tak. Oczywiście że znam - westchnęła - Pamiętam was wszystkich, kiedy jeszcze byliście tacy malutcy - uniosła dwa palce dla podkreślenia swych słów.
- Ale przecież jest Pani Ziemianką, prawda? - zdziwił się Ian. To samo chodziło teraz i po mojej głowie. Mieszkańcy Ziemi nie mogli przecież korzystać z portali.
- Owszem, jestem. Raz na jakiś czas pojawiają się jednak tacy, którym dane jest odkryć sekret innych światów...
- Mówią o nich wyłamanymi - przerwał jej Scott - Myślałem że to fikcja. Że oni nie istnieją.
Staruszka uniosła brew.
- To jasne, że tak sądzisz. Ta informacja jest ściśle tajna. Pewnie dlatego tak wielu się o niej dowiedziało - wykrzywiła usta w bezzębnym uśmiechu.
- Kim są wyłamani? - zapytała Sara, która do tej pory siedziała cichutko w kącie stołu - I dlaczego to takie tajne?
- Wyłamanym jest czysto-krwisty Ziemianin, który jakimś sposobem odnalazł portal i przedostał się przez niego - wytłumaczyła kobieta - Nie wiadomo, czemu tak się dzieje, ale jest to niezwykle rzadkie zjawisko. Pyrra trzyma ich istnienie w tajemnicy, bo takie osoby potrafią odczytywać starożytne przepowiednie, trzymane w różnych częściach waszego świata. Są one napisane w zapomnianym przez wszystkich języku, który wyłamani potrafią jednak rozszyfrować.
- A ty jesteś tą, która odczytała najstarszy ze zwojów - domyśliłam się. Teraz przypominałam już sobie, jak wielokrotnie słyszałam, że tę jedną, najcenniejszą przepowiednię odczytali mieszkańcy Ziemi, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogło się to zdarzyć stosunkowo niedawno. Do tej pory oczywistym było, że było to jeszcze przed Wojną Światów.
- Ciekawa byłam, czy do tego dojdziesz, moja droga - uśmiechnęła się do mnie ciepło - W rzeczy samej. Dlatego też zesłano mnie tutaj, do tej małej chatki, w której mieszkam już od dziesięciu lat. Tu znacznie trudniej jest mnie znaleźć.
- Ale po co komuś jakaś stara przepowiednia? - zdziwił się Ian
- Bo to nie jest jakaś przepowiednia. Opisuje dzieje wszystkich światów od zniszczenia Naru i kończy się w czasach obecnych - powiedział Scott.
- I co w związku z tym?
- Mówi o naszej wojnie prawda? Ty wiesz, co się stanie kto ją wygra i dlatego musisz się ukrywać, prawda? - zapytałam w końcu.
- Nie przez to się ukrywam, ale masz rację, wiem co się stanie, ale wy raczej nie powinniście - ostrzegła. Otworzyłam usta. Cisnęło mi się na nie jedno pytanie, ale nie wiedziałam, jak je sformułować, bałam się też, że mogłabym się posunąć o krok za daleko. Na szczęście wyręczył mnie Scott.
- Ona nie mówi tylko o tej wojnie - stwierdził. Widząc że kobieta nie wie, o co mu chodzi dodał - przepowiednia. Ją kończą nasze losy.
Ziemianka popatrzyła po nas zmieszanym wzrokiem. Westchnęła głęboko.
- Nie wiem skąd to wiesz chłopcze, ale niestety tak.
Sara bawiła się kosmykiem swoich ciemnych, falowanych włosów.
- Niestety? - w jej głosie można było zauważyć drobne zawachanie.
- To nie jest najszczęśliwsza historia, jaką udało mi się usłyszeć dziecko - wyznała ze spuszczoną głową nasza gospodyni. Kiedy podniosła wzrok, krył się w nich ból i smutek - Szczególnie dla ciebie.
Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną. Mało powiedziane. Była przerażona. Jeszcze nikt nigdy nie powiedział, że tej drobnej, niewinnej istotce, może coś grozić. Wszyscy ją kochali, a w szczególności ja.
- To niedorzeczne! - krzyknęłam, może odrobinę zbyt głośno. Atmosfera w chatce zrobiła się tak gęsta, że można ją było kroić nożem.
- Nora, uspokój się - ostrzegł Ian
- Najszlachetniejsza historia, wymaga niekiedy najcięższych ofiar - wyznała staruszka i podeszła do mojej przyjaciółki, gotowa wszcząć kłótnie z tą siedemdziesięciolatką, kiedy ta nagle zwróciła na mnie swój wzrok. Przez ułamek sekundy widziałam w nich szaleństwo, jakby miała z nich wyjść dzika bestia, po czym kobieta oparła się o drewniany blat kuchenny i złapała się za głowę z zatroskaną miną.
- Nie powinnam wam tego była mówić. To co usłyszycie zaraz, też jest tajemnicą, którą mam nadzieję zachowacie. W końcu i tak się o tym dowiecie - wzięła głęboki oddech, jakby przygotowywała się na potok słów - Chętnie pomogłabym wam znaleźć Serce Pyrry, ale jestem już za stara, a i nie mam pojęcia, gdzie ono jest. Nawet wyłamani, nie mają takiej wiedzy. Życzę wam szczęścia. Będzie wam potrzebne, bo nie macie wiele czasu. Arline nie będzie czekała tyle, ile jej matka. Wraz z ostatnim liściem, na Pyrryjskich drzewach, zaatakuje.
Ostatni liść. Przeszył mnie zimny dreszcz. Pory roku na moim świecie były inne, niż tutaj, na Ziemi. Lato i zima panowały następując bezpośrednio po sobie i trwały teorytycznie po sześć miesięcy. Teorytycznie, bo w rzeczywistości różnie to bywa. Są jednak dwa dni w roku, które można by nazwać wiosną i jesienią. W jednym dniu spadają wszystkie liście lub zielenią się wszystkie łąki. Najgorsze jest to, że nikt nie może przewidzieć kiedy dokładnie przyjdą pory przejściowe. Tylko tyle, że jesień wypada jakoś teraz.
Eleanor - zwróciła się do mnie, a pod wpływem skruszonego wzroku kobiecinki, wyłamanej, skazanej na wieczną samotność za swą wiedzę, stopniała we mnie cała złość - nie miej nikomu za złe tego, co się stanie i opiekuj się nimi, póki tylko możesz.
Po tych słowach dokładnie przypatrzyła się każdemu z nas.
- Zaraz wrócę - dodała niespodziewanie, pokuśtykała przez kuchnię i zniknęła za drzwiami maleńkiej sypialni.
- Nie sądzicie, że to dziwne? - spytał Scott. Ale nikt mu nie odpowiedział. Ja przypatrywałam się przyjaciółce. Na jej twarzy widziałam całą paletę emocji, od strachu, przez zdziwienie i ciekawość. Był to niecodzienny widok, bo zazwyczaj gościł na niej tylko uśmiech. Nagle jednak przybrała zupełnie inną postawę. Zesztywniała, powoli przewracała oczami po pokoju. Rzadko widywałam ją w takim stanie, ale wiedziałam, co on oznaczał. Lata spędzone w lesie na nasłuchiwaniu zwierzyny, dawały teraz o sobie znać. Sara musiała usłyszeć coś, co ją zaniepokoiło.
Wstała powoli z krzesła i ruszyła w stronę drzwi sypialni, w których przed chwilą zniknęła nasza gospodyni. Byłam pod wrażeniem tego, jak cicho i sprawnie się poruszała. Po drodze założyła strzałę ze złocistą brzechwą na cięciwę długiego łuku. Przełknęłam ślinę. Sara nie zachowałaby się tak bez powodu. Ruszyliśmy z wolna za nią, ale pod naszymi stopami spruchniałe deski skrzypiały i stękały. Ian otworzył ciężkie drzwi, a ja pierwsza przekroczyłam próg. Było ciemno, a przez otwarte okno zawiewało chłodne powietrze nocy. Serce biło mi jak oszalałe, miałam wrażenie, że obija się po pokoju echem. Nie było tutaj nikogo. Miałam właśnie zawołać staruszkę, kiedy coś świsnęło w powietrzu. W ramie drzwi, kilka centymetrów nad moją głową, drgał teraz ostry jak brzytwa nóż.
2 komentarze:
Sonia, ty masz talent! Czekam na kolejny rozdział :**
Dziękuję :)Postaram się dodać jak najszybciej ^^
Prześlij komentarz